Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 listopada 2014

Historia jednej rozmowy

Chłodne sobotnie popołudnie. Wybiegam z mieszkania w pośpiechu. Jak zwykle wydawało mi się, że jeszcze mam tyle czasu, a potem w ostatnim momencie próbowałam jedną ręką malować rzeczy, a drugą ogarniać włosy. Lecę na przystanek. Zawsze wydawało mi się, że jest jakoś bliżej. Trzęsą mi się ręce, trzęsą mi się nogi. Rozmawiam przez telefon z Olly i gadam od rzeczy, żeby chociaż trochę się uspokoić. W ostatnim momencie wpadam do autobusu. I uświadamiam sobie, że przecież miałam spiąć włosy, żeby nimi nie trzepać z nerwów. Taki tik.

Nie mogłabym załatwić ważnej rzeczy bez przygód. Nie może obyć się bez problemów zdrowotnych, komunikacyjnych, ubraniowych, czy jakichkolwiek innych. Zawsze coś jest nie tak. Inaczej by się nie liczyło. Gdybym na rozmowę dotarła, nie gubiąc się przy tym dwa razy, to by się nie liczyło. Gdybym pytając o drogę, nie pomyliła Psychologii z Pedagogiką (i przy okazji prawie nie dostała zawału na wieść, że Szkoła, której 'szukam' jest na w innej części miasta) to nie byłabym najwyraźniej sobą. Ale grunt to się nie poddawać, pomimo przeciwności losu.
Kiedyś opowiadałam Wam o niepewnej siebie dziewczynce, której strefa komfortu ograniczała się do grona przyjaciół i własnego pokoju. Dzisiaj ta sama dziewczynka, pomimo złego samopoczucia i błądzenia po obcej dzielnicy, poszła przekonać dwie kobiety, że jest odpowiednią osobą na to miejsce. Zostawiła trzęsące się ręce i nogi za szklanymi drzwiami. Pewnie uścisnęła dłonie obcych osób (chociaż nadal ma problem z zapamiętywaniem imion). Usiadła naprzeciwko, uśmiechnęła się pogodnie, wzięła głęboki oddech. Odpowiadała płynnie na wszystkie pytania. Nie miała gotowej właściwie żadnej odpowiedzi. Pełne skupienie, a słowa same płynęły. Anegdotki, uśmiech, szczerość, kontakt wzrokowy. Kontrola nad własnym ciałem. Niedotykanie włosów. I wychodząc wiedziała, że dała z siebie wszystko. I bez względu na wynik, była z siebie dumna.


Nie można się poddać, nawet jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi są są przeciwko Tobie. Im więcej wysiłku Cię to kosztuje, tym satysfakcja będzie większa. Bo wiesz, że zasłużyłeś. Bo wiesz, że przezwyciężyłeś słabości i dałeś z siebie wszystko. Czasami trzeba sprawdzić samego siebie. Czasami świat spróbuje nas sprawdzić. Kiedy coś przychodzi zbyt lekko, zbyt łatwo to często tego nie doceniamy. Często wydaje się, że to wcale nie było warte żadnej walki.

Kiedy musisz się naharować czy psychicznie, czy fizycznie, żeby zdobyć to na czym Ci zależy, doceniasz to podwójnie. Nawet jeśli nie wygrasz, to już jesteś zwycięzcą. Pokonałeś samego siebie.


Kiedy Wy czytacie tego posta, ja jestem na wyjeździe, który jest wynikiem tej rozmowy ;) 

Historia jednej rozmowy

Chłodne sobotnie popołudnie. Wybiegam z mieszkania w pośpiechu. Jak zwykle wydawało mi się, że jeszcze mam tyle czasu, a potem w ostatnim momencie próbowałam jedną ręką malować rzeczy, a drugą ogarniać włosy. Lecę na przystanek. Zawsze wydawało mi się, że jest jakoś bliżej. Trzęsą mi się ręce, trzęsą mi się nogi. Rozmawiam przez telefon z Olly i gadam od rzeczy, żeby chociaż trochę się uspokoić. W ostatnim momencie wpadam do autobusu. I uświadamiam sobie, że przecież miałam spiąć włosy, żeby nimi nie trzepać z nerwów. Taki tik.

Nie mogłabym załatwić ważnej rzeczy bez przygód. Nie może obyć się bez problemów zdrowotnych, komunikacyjnych, ubraniowych, czy jakichkolwiek innych. Zawsze coś jest nie tak. Inaczej by się nie liczyło. Gdybym na rozmowę dotarła, nie gubiąc się przy tym dwa razy, to by się nie liczyło. Gdybym pytając o drogę, nie pomyliła Psychologii z Pedagogiką (i przy okazji prawie nie dostała zawału na wieść, że Szkoła, której 'szukam' jest na w innej części miasta) to nie byłabym najwyraźniej sobą. Ale grunt to się nie poddawać, pomimo przeciwności losu.
Kiedyś opowiadałam Wam o niepewnej siebie dziewczynce, której strefa komfortu ograniczała się do grona przyjaciół i własnego pokoju. Dzisiaj ta sama dziewczynka, pomimo złego samopoczucia i błądzenia po obcej dzielnicy, poszła przekonać dwie kobiety, że jest odpowiednią osobą na to miejsce. Zostawiła trzęsące się ręce i nogi za szklanymi drzwiami. Pewnie uścisnęła dłonie obcych osób (chociaż nadal ma problem z zapamiętywaniem imion). Usiadła naprzeciwko, uśmiechnęła się pogodnie, wzięła głęboki oddech. Odpowiadała płynnie na wszystkie pytania. Nie miała gotowej właściwie żadnej odpowiedzi. Pełne skupienie, a słowa same płynęły. Anegdotki, uśmiech, szczerość, kontakt wzrokowy. Kontrola nad własnym ciałem. Niedotykanie włosów. I wychodząc wiedziała, że dała z siebie wszystko. I bez względu na wynik, była z siebie dumna.


Nie można się poddać, nawet jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi są są przeciwko Tobie. Im więcej wysiłku Cię to kosztuje, tym satysfakcja będzie większa. Bo wiesz, że zasłużyłeś. Bo wiesz, że przezwyciężyłeś słabości i dałeś z siebie wszystko. Czasami trzeba sprawdzić samego siebie. Czasami świat spróbuje nas sprawdzić. Kiedy coś przychodzi zbyt lekko, zbyt łatwo to często tego nie doceniamy. Często wydaje się, że to wcale nie było warte żadnej walki.

Kiedy musisz się naharować czy psychicznie, czy fizycznie, żeby zdobyć to na czym Ci zależy, doceniasz to podwójnie. Nawet jeśli nie wygrasz, to już jesteś zwycięzcą. Pokonałeś samego siebie.


Kiedy Wy czytacie tego posta, ja jestem na wyjeździe, który jest wynikiem tej rozmowy ;) 

sobota, 22 listopada 2014

10 rzeczy które czynią mnie szczęśliwą


Czasami dzień może zacząć się naprawdę paskudnie. Wszystko idzie nie tak jak powinno, żaden plan nie wypala. A potem nagle jakieś wydarzenia, ale osoba wywraca wszystko do góry nogami i znowu jesteśmy szczęśliwi jak cho... no bardzo szczęśliwi.
Czasami w życiu dzieje się tyle dobrego, że to aż dziwne. I chociaż zasłużyliśmy na to wszystko ciężko pracą to i tak szukamy czegoś, czego można się przyczepić. No bo jak to tak być aż takim szczęściarzem?! Nie można sobie pozwolić na takie rzeczy przecież*.
A czasami kiedy nagle wszystko runie i czujemy się zagubieni. Wtedy chociaż mała iskierka na poprawę humoru może uratować człowieka przed całkowitym załamaniem.

Po yt jakiś czasem krążył TAG : 10 rzeczy, które czynią mnie szczęśliwym. Może warto przenieść go i do blogosfery?
Dlatego właśnie przychodzę dziś do Was z moimi rzeczami (i nie tylko rzeczami). I zachęcam do stworzenia własnej listy. A na końcu tekstu znajdziecie listę osób, które zachęcam do tego szczególnie ;)
źródło


Kolejność przypadkowa


  1. Taniec i moja ekipa
    Jak łatwo można się domyślić jedną z rzeczy, które czynią mnie szczęśliwą jest taniec. Poznawanie nowych kroków, odkrywanie możliwości własnego ciała i rozwijanie samoświadomości (istnieje takie słowo?). Wczuwanie się w różne klimaty muzyczne. Te seksowne, te groźne, te radosne. A robienie tego z ludźmi, którym sprawia to tak samo ogromną radość, uszczęśliwia podwójnie. A właściwie w naszym przypadku dziesięciokrotnie. Nie wyobrażam sobie życia bez tańca.
  2. Pisanie
    Przelewania myśli na papier lub do komputera. Układanie słów w zdania, tworzenie treści. Nieważne czy piszę coś tylko dla siebie, żeby uporządkować to, co siedzi mi w głowie, czy chcę się czymś podzielić z innymi. Pisanie sprawia mi ogromną przyjemność i jeśli przez jakiś czas nie mam czasu, na to żeby pozbyć się wszystkich pomysłów, które krążą mi po głowie, robię się trochę nerwowa ;p
  3. OrganizacjaKalendarz to mój drugi mózg. Praktycznie nigdzie się bez niego nie ruszam. Często nawet na zwykłe spotkanie ze znajomym zabieram ze sobą mój kajecik. Bez niego czuję się po prostu źle. Moja organizacja wymaga jeszcze dopracowania, ale bez niej już dawno bym zginęła. Tworzenie planów i list to fajna sprawa. Zwłaszcza jak bierzesz się za wszystko, co Ci wpadnie w ręce i nie przepuszczasz żadnej okazji.
  4.      
    źródło
    Czytanie poradników i książek motywacyjnychAktualnie moje ulubione lektury. Nieważne że we wszystkich jest napisane właściwie to samo tylko innymi słowami. Zawsze znajdzie się jakaś nowa porada albo ciekawy cytat, który mnie do czegoś nakręci albo zainspiruje.

  5. KawaMój ulubiony napój (niestety). My guilty pleasure. Próbuję z tym walczyć ( i zamienić na herbatę i wodę), ale kawa to mój ulubiony napój. Coffe makes me happy.
  6. PrzyjacieleMam szczęście do przyjaciół. Ciągle trafiam na jakich ciekawych ludzi, którzy wnoszą do mojego życia coś ciekawego i coś dobrego. Pamiętając, że z kim przystajesz, takim się stajesz, staram się dokładnie dobierać ludzi, którymi się otaczam. I dzięki temu zawsze mogę liczyć na kogoś, kto wysłucha mojego marudzenia i da kopa w tyłek.
  7. Poszerzanie wiedzy w dziedzinach, które mnie interesują.Niestety przedmioty szkolne się w to nie wliczają. A szkoda, bo może wtedy uczęszczanie do tej instytucji sprawiałoby mi ciut więcej przyjemności.
  8. Ulubione serialePo ciężkim dniu lub tygodni przychodzi ten moment, kiedy na godzinę lub dwie można zamknąć się w świecie wampirów. Albo innym. I trochę się odmóżdżyć i zrelaksować.
  9. MuzykaO tym że muzyka jest moim uzależnieniem mówiłam już nie raz. Nawet mam dla Was dzisiaj pozytywną nutkę.
  10. Motywowanie innych.Przekonywanie ludzi, że mogą osiągnąć to, na czym ich zależy to jedna z najfajniejszych rzeczy na świecie. I cicha nadzieja, że kiedyś uda mi się zajmować tym zawodowo ratuje mnie przed rzuceniem w cholerę szkoły. Nie no żartuję. Matura przydatna rzecz przecież. Ale ciekawa wiedza i interesujące zajęcia na co dzień dopiero przede mną.
    źródło


    A co Was czyni szczęśliwymi?
    Chciałabym zachęcić Was do zrobienia własnych list (które z przyjemnością przeczytam), dlatego też wyzywam do tego zadania: Olly (uporzadkowanybałagan) Anię (życietosurfing) Agnieszkę (primadonnalady) Elę (malpynaobcasach) i Maję (myslcochceszmaja) oraz każdą osobę, która ma na to ochotę! Dziewczyny – czekam na teksty ;)

    *Mam nadzieję że wszyscy załapali, że to sarkazm.

    Odpowiedzi dziewczyn na tag:
    Maja

10 rzeczy które czynią mnie szczęśliwą


Czasami dzień może zacząć się naprawdę paskudnie. Wszystko idzie nie tak jak powinno, żaden plan nie wypala. A potem nagle jakieś wydarzenia, ale osoba wywraca wszystko do góry nogami i znowu jesteśmy szczęśliwi jak cho... no bardzo szczęśliwi.
Czasami w życiu dzieje się tyle dobrego, że to aż dziwne. I chociaż zasłużyliśmy na to wszystko ciężko pracą to i tak szukamy czegoś, czego można się przyczepić. No bo jak to tak być aż takim szczęściarzem?! Nie można sobie pozwolić na takie rzeczy przecież*.
A czasami kiedy nagle wszystko runie i czujemy się zagubieni. Wtedy chociaż mała iskierka na poprawę humoru może uratować człowieka przed całkowitym załamaniem.

Po yt jakiś czasem krążył TAG : 10 rzeczy, które czynią mnie szczęśliwym. Może warto przenieść go i do blogosfery?
Dlatego właśnie przychodzę dziś do Was z moimi rzeczami (i nie tylko rzeczami). I zachęcam do stworzenia własnej listy. A na końcu tekstu znajdziecie listę osób, które zachęcam do tego szczególnie ;)
źródło


Kolejność przypadkowa


  1. Taniec i moja ekipa
    Jak łatwo można się domyślić jedną z rzeczy, które czynią mnie szczęśliwą jest taniec. Poznawanie nowych kroków, odkrywanie możliwości własnego ciała i rozwijanie samoświadomości (istnieje takie słowo?). Wczuwanie się w różne klimaty muzyczne. Te seksowne, te groźne, te radosne. A robienie tego z ludźmi, którym sprawia to tak samo ogromną radość, uszczęśliwia podwójnie. A właściwie w naszym przypadku dziesięciokrotnie. Nie wyobrażam sobie życia bez tańca.
  2. Pisanie
    Przelewania myśli na papier lub do komputera. Układanie słów w zdania, tworzenie treści. Nieważne czy piszę coś tylko dla siebie, żeby uporządkować to, co siedzi mi w głowie, czy chcę się czymś podzielić z innymi. Pisanie sprawia mi ogromną przyjemność i jeśli przez jakiś czas nie mam czasu, na to żeby pozbyć się wszystkich pomysłów, które krążą mi po głowie, robię się trochę nerwowa ;p
  3. OrganizacjaKalendarz to mój drugi mózg. Praktycznie nigdzie się bez niego nie ruszam. Często nawet na zwykłe spotkanie ze znajomym zabieram ze sobą mój kajecik. Bez niego czuję się po prostu źle. Moja organizacja wymaga jeszcze dopracowania, ale bez niej już dawno bym zginęła. Tworzenie planów i list to fajna sprawa. Zwłaszcza jak bierzesz się za wszystko, co Ci wpadnie w ręce i nie przepuszczasz żadnej okazji.
  4.      
    źródło
    Czytanie poradników i książek motywacyjnychAktualnie moje ulubione lektury. Nieważne że we wszystkich jest napisane właściwie to samo tylko innymi słowami. Zawsze znajdzie się jakaś nowa porada albo ciekawy cytat, który mnie do czegoś nakręci albo zainspiruje.

  5. KawaMój ulubiony napój (niestety). My guilty pleasure. Próbuję z tym walczyć ( i zamienić na herbatę i wodę), ale kawa to mój ulubiony napój. Coffe makes me happy.
  6. PrzyjacieleMam szczęście do przyjaciół. Ciągle trafiam na jakich ciekawych ludzi, którzy wnoszą do mojego życia coś ciekawego i coś dobrego. Pamiętając, że z kim przystajesz, takim się stajesz, staram się dokładnie dobierać ludzi, którymi się otaczam. I dzięki temu zawsze mogę liczyć na kogoś, kto wysłucha mojego marudzenia i da kopa w tyłek.
  7. Poszerzanie wiedzy w dziedzinach, które mnie interesują.Niestety przedmioty szkolne się w to nie wliczają. A szkoda, bo może wtedy uczęszczanie do tej instytucji sprawiałoby mi ciut więcej przyjemności.
  8. Ulubione serialePo ciężkim dniu lub tygodni przychodzi ten moment, kiedy na godzinę lub dwie można zamknąć się w świecie wampirów. Albo innym. I trochę się odmóżdżyć i zrelaksować.
  9. MuzykaO tym że muzyka jest moim uzależnieniem mówiłam już nie raz. Nawet mam dla Was dzisiaj pozytywną nutkę.
  10. Motywowanie innych.Przekonywanie ludzi, że mogą osiągnąć to, na czym ich zależy to jedna z najfajniejszych rzeczy na świecie. I cicha nadzieja, że kiedyś uda mi się zajmować tym zawodowo ratuje mnie przed rzuceniem w cholerę szkoły. Nie no żartuję. Matura przydatna rzecz przecież. Ale ciekawa wiedza i interesujące zajęcia na co dzień dopiero przede mną.
    źródło


    A co Was czyni szczęśliwymi?
    Chciałabym zachęcić Was do zrobienia własnych list (które z przyjemnością przeczytam), dlatego też wyzywam do tego zadania: Olly (uporzadkowanybałagan) Anię (życietosurfing) Agnieszkę (primadonnalady) Elę (malpynaobcasach) i Maję (myslcochceszmaja) oraz każdą osobę, która ma na to ochotę! Dziewczyny – czekam na teksty ;)

    *Mam nadzieję że wszyscy załapali, że to sarkazm.

    Odpowiedzi dziewczyn na tag:
    Maja

czwartek, 13 listopada 2014

Znajdź swoją pasję



Mam to szczęście, że pasja zawsze była w moim życiu i nie musiałam daleko szukać. O mojej tanecznej historii mogliście przeczytać tutaj.

Z pisaniem miałam podobnie. Jako uczennica podstawówki (chyba 3 klasa) napisałam jakże wzruszające opowiadanie. O miłości oczywiście. Na końcu bohaterowie umarli oczywiście.  Utopili się, tak nawiasem mówiąc. Większość moich pierwszych historyjek była o nieszczęśliwej miłości, bo jakże inaczej. Potem przyszedł czas na wiersze. Wyjątkowo depresyjne. Czytając je, można by mnie posądzić o bycie emo. A nigdy nim nie byłam. Mam na swoim koncie nawet jedną publikację. 
W Victorze Gimnazjaliście. Szaleństwo.
W każdym razie nieważne w jakiej postaci, ale zawsze gdzieś to pisanie mi towarzyszyło.

Z innymi zainteresowaniami już tak łatwo nie było.
Marketing, biznes, PR i temu podobne dopadły mnie na początku liceum, kiedy zapisałam się na warsztaty z negocjacji. Na które się nie dostałam, ale nie wiedziałam, że mam czekać na mailowe potwierdzenie przyjęcia. Po prostu na nie pojechałam. A mili państwo pozwolili mi zostać. I tak zostałam oczarowana światem biznesu i zamarzyło mi się życie super bizneswoman.

Dziennikarstwo to pochodna pisania. Kiedyś upierałam się, że pójdę na dziennikarstwo. Czemu? Bo lubię pisać. To był jedyny powód. Mama mi mówiła, że się nie nadaję i że w ogóle to głupi pomysł. Więc porzuciłam tę wizję. Do mojego pierwszego Kampusu Dziennikarskiego (o drugim mogliście przeczytać tutaj). I chociaż widzę siebie tylko przy prowadzeniu wywiadów, pisaniu felietonów o relacjach damsko-męskich lub w śniadaniówce, to teorię dziennikarstwa staram się rozwijać. Głównie po to, żeby wykorzystać to potem od drugiej strony jako PRowiec. I zjeść wszystkie dziennikarzyny, które będą napadać na mojego klienta. Już ja będę znała te Wasze sztuczki, ha!


Rozwój osobisty i psychologia trochę same przyszły do mnie, a trochę z przypadku zostały. Pierwsza konkretna rzecz związana z rozwojem na którą się natknęłam to był blog Ani. Wtedy wsiąknęłam w ogóle w środowisko blogowe i z czasem zaczęłam poszerzać swoją wiedzę z tej tematyki. Do tego stopnia, że coaching stał się jedną z potencjalnych ścieżek życiowych.


Po co Wam o tym opowiadam?
Żeby pokazać, że to nie jest tak, że wszystko miałam od razu. Szukałam, próbowałam, sprawdzałam, oglądałam, brałam udział w różnych wydarzeniach. Dzięki nim jestem gdzie jestem i mam wiele opcji do wyboru. Dzięki nim stawiam na lifestyle z pasją (lifestyle tak dumnie brzmi, ale niech będzie tak patetycznie, a co mi tam). Dzięki nim mam plan, znam wielu fascynujących ludzi i nie narzekam na nudę. Warto było.

I wiecie co? Wy też tak możecie.
To wcale nie jest trudne. Wystarczy chcieć. Wystarczy przestać być łajzą w starych gaciach, która narzeka, że inni to mają takie super życie, ale nie ona. I jest taka biedna przez to, bo wszystko jest do bani. Dopóki masz takie podejście, to masz rację. Jest do bani.

Polecam Wam zajrzeć do wspomnianej już wyżej Ani, która pomoże Wam znaleźć życiową pasję.


Znajdź swoją pasję



Mam to szczęście, że pasja zawsze była w moim życiu i nie musiałam daleko szukać. O mojej tanecznej historii mogliście przeczytać tutaj.

Z pisaniem miałam podobnie. Jako uczennica podstawówki (chyba 3 klasa) napisałam jakże wzruszające opowiadanie. O miłości oczywiście. Na końcu bohaterowie umarli oczywiście.  Utopili się, tak nawiasem mówiąc. Większość moich pierwszych historyjek była o nieszczęśliwej miłości, bo jakże inaczej. Potem przyszedł czas na wiersze. Wyjątkowo depresyjne. Czytając je, można by mnie posądzić o bycie emo. A nigdy nim nie byłam. Mam na swoim koncie nawet jedną publikację. 
W Victorze Gimnazjaliście. Szaleństwo.
W każdym razie nieważne w jakiej postaci, ale zawsze gdzieś to pisanie mi towarzyszyło.

Z innymi zainteresowaniami już tak łatwo nie było.
Marketing, biznes, PR i temu podobne dopadły mnie na początku liceum, kiedy zapisałam się na warsztaty z negocjacji. Na które się nie dostałam, ale nie wiedziałam, że mam czekać na mailowe potwierdzenie przyjęcia. Po prostu na nie pojechałam. A mili państwo pozwolili mi zostać. I tak zostałam oczarowana światem biznesu i zamarzyło mi się życie super bizneswoman.

Dziennikarstwo to pochodna pisania. Kiedyś upierałam się, że pójdę na dziennikarstwo. Czemu? Bo lubię pisać. To był jedyny powód. Mama mi mówiła, że się nie nadaję i że w ogóle to głupi pomysł. Więc porzuciłam tę wizję. Do mojego pierwszego Kampusu Dziennikarskiego (o drugim mogliście przeczytać tutaj). I chociaż widzę siebie tylko przy prowadzeniu wywiadów, pisaniu felietonów o relacjach damsko-męskich lub w śniadaniówce, to teorię dziennikarstwa staram się rozwijać. Głównie po to, żeby wykorzystać to potem od drugiej strony jako PRowiec. I zjeść wszystkie dziennikarzyny, które będą napadać na mojego klienta. Już ja będę znała te Wasze sztuczki, ha!


Rozwój osobisty i psychologia trochę same przyszły do mnie, a trochę z przypadku zostały. Pierwsza konkretna rzecz związana z rozwojem na którą się natknęłam to był blog Ani. Wtedy wsiąknęłam w ogóle w środowisko blogowe i z czasem zaczęłam poszerzać swoją wiedzę z tej tematyki. Do tego stopnia, że coaching stał się jedną z potencjalnych ścieżek życiowych.


Po co Wam o tym opowiadam?
Żeby pokazać, że to nie jest tak, że wszystko miałam od razu. Szukałam, próbowałam, sprawdzałam, oglądałam, brałam udział w różnych wydarzeniach. Dzięki nim jestem gdzie jestem i mam wiele opcji do wyboru. Dzięki nim stawiam na lifestyle z pasją (lifestyle tak dumnie brzmi, ale niech będzie tak patetycznie, a co mi tam). Dzięki nim mam plan, znam wielu fascynujących ludzi i nie narzekam na nudę. Warto było.

I wiecie co? Wy też tak możecie.
To wcale nie jest trudne. Wystarczy chcieć. Wystarczy przestać być łajzą w starych gaciach, która narzeka, że inni to mają takie super życie, ale nie ona. I jest taka biedna przez to, bo wszystko jest do bani. Dopóki masz takie podejście, to masz rację. Jest do bani.

Polecam Wam zajrzeć do wspomnianej już wyżej Ani, która pomoże Wam znaleźć życiową pasję.


wtorek, 11 listopada 2014

Recenzja : Społecznościowy boom


Raz na jakiś czas lubię sobie przeczytać jakąś „mądrą” książkę. Albo jak uważają niektórzy znajomi „dziwną”. Staram się, żeby ten typ lektur przeważał nad innymi czytadłami, bo jakoś mi wtedy lepiej. Czuję się chociaż trochę mądrzejsza.

Po „Społecznościowy boom” sięgnęłam nie przez przypadek. Chodził za mną już od jakiegoś czasu. Widywałam w matrasie, na instagramie, na innych blogach. Niestety w żadnej bibliotece nie mogłam dostać tej książki, a do kupna jakoś nie było mi po drodze. W końcu dzięki uprzejmości pewnego kolegi (któremu bardzo dziękuję i pozdrawiam) dostałam ją w swoje ręce. I dziękuję mu podwójnie, bo zaoszczędziłam 39,00 zł. W sumie należy mu się chyba nagroda za to.


Trochę się zawiodłam. Owszem książka zawiera sporo ciekawych informacji, ale dla kogoś kto jest całkowicie zielony w mediach społecznościowych. Jeżeli mieliście wcześniej styczność z jakąkolwiek lekturą, bądź wykładem/webinarem itp. na ten temat, to szczerze mówiąc za dużo nowości tu nie znajdziecie.
Co więcej mniej więcej na 100 stronie zaczęłam się zastanawiać w którym roku książka została wydana. I jak bardzo jest stara. Na 120 stronie postanowiłam to sprawdzić. 2011 rok.
Aktualnie część z tych rzeczy wygląda już inaczej. Fascynujące ile mogło się zmienić w ciągu zaledwie trzech lat.

I chociaż sporo informacji to dzisiaj sprawy oczywiste, to jednak coś tam się dowiedziałam.

Czy polecam?Tak, ale raczej osobom które dopiero zaczynają z tym tematem. Sama bynajmniej żadnym ekspertem nie jestem, a jednak chyba większość treści była dla mnie już czymś znanym.
Chociaż pierwszy raz w życiu usłyszałam o czymś takim, jak Linkedin.

Ulubiony cytat :Łatwo jest znaleźć i przyciągnąć do siebie wspaniałych ludzi – wystarczy być wielkim człowiekiem, który robi wielkie rzeczy. Jeffrey Gitomer

Mieliście do czynienia z tą książką? Jakie są Wasze opinie?

A może polecicie coś o podobnej tematyce?

Recenzja : Społecznościowy boom


Raz na jakiś czas lubię sobie przeczytać jakąś „mądrą” książkę. Albo jak uważają niektórzy znajomi „dziwną”. Staram się, żeby ten typ lektur przeważał nad innymi czytadłami, bo jakoś mi wtedy lepiej. Czuję się chociaż trochę mądrzejsza.

Po „Społecznościowy boom” sięgnęłam nie przez przypadek. Chodził za mną już od jakiegoś czasu. Widywałam w matrasie, na instagramie, na innych blogach. Niestety w żadnej bibliotece nie mogłam dostać tej książki, a do kupna jakoś nie było mi po drodze. W końcu dzięki uprzejmości pewnego kolegi (któremu bardzo dziękuję i pozdrawiam) dostałam ją w swoje ręce. I dziękuję mu podwójnie, bo zaoszczędziłam 39,00 zł. W sumie należy mu się chyba nagroda za to.


Trochę się zawiodłam. Owszem książka zawiera sporo ciekawych informacji, ale dla kogoś kto jest całkowicie zielony w mediach społecznościowych. Jeżeli mieliście wcześniej styczność z jakąkolwiek lekturą, bądź wykładem/webinarem itp. na ten temat, to szczerze mówiąc za dużo nowości tu nie znajdziecie.
Co więcej mniej więcej na 100 stronie zaczęłam się zastanawiać w którym roku książka została wydana. I jak bardzo jest stara. Na 120 stronie postanowiłam to sprawdzić. 2011 rok.
Aktualnie część z tych rzeczy wygląda już inaczej. Fascynujące ile mogło się zmienić w ciągu zaledwie trzech lat.

I chociaż sporo informacji to dzisiaj sprawy oczywiste, to jednak coś tam się dowiedziałam.

Czy polecam? Tak, ale raczej osobom które dopiero zaczynają z tym tematem. Sama bynajmniej żadnym ekspertem nie jestem, a jednak chyba większość treści była dla mnie już czymś znanym.
Chociaż pierwszy raz w życiu usłyszałam o czymś takim, jak Linkedin.

Ulubiony cytat : Łatwo jest znaleźć i przyciągnąć do siebie wspaniałych ludzi – wystarczy być wielkim człowiekiem, który robi wielkie rzeczy. Jeffrey Gitomer

Mieliście do czynienia z tą książką? Jakie są Wasze opinie?

A może polecicie coś o podobnej tematyce?

niedziela, 9 listopada 2014

Jak się chce, wszystko się da



Wyobraź sobie nieśmiałą, zgarbioną dziewczynkę. Mysi blond, na zębach aparat, a na nosie okulary. Boi się odezwać w towarzystwie obcych ludzi. Pójście samej w obce miejsce przyprawia ją o palpitacje serca i zimne poty. Prędzej zrezygnuje z czegoś bardzo ważnego dla niej, niż wybierze się gdzieś bez znajomej osoby.

Ale któregoś dnia ta sama dziewczyna bierze się w garść. Zaczyna realizować swoje największe pasje i marzenia. Rozwija się w kilku totalnie różnych od siebie dziedzinach. Otwiera się na ludzi. Rozmowa z obcymi, samodzielna wycieczka do obcego miasta, czy spróbowanie czegoś totalnie nowego to już żaden problem. Nabiera pewności siebie. Uczy się optymizmu. Stara się dzielić swoją pozytywną energią z innymi i zarażać ich motywacją. Odkrywa w sobie siłę i kobiecość, której by się po sobie nie spodziewała. Wie czego chce, wie jakie są jej mocne strony i je wykorzystuje.


Jeśli chcesz czego, to to zrób. Nie ma rzeczy niemożliwych. Przecież ktoś przed Tobą już to zrobił, czemu Tobie miałoby się to nie udać?
Jeśli na czymś Ci zależy to po prostu zepnij tyłek. Można zatańczyć z gorączką i zapaleniem oskrzeli. Nawet jeśli w przerwach troszkę Cię dusi kaszel. Może troszkę bardziej niż troszkę. Można tańczyć przez kilka godzin po całonocnej imprezie i trzech godzinach snu. Na waflach i wodzie mineralnej. Można zrobić klip po jednej próbie i nauce z filmiku. Z dziwnie suchą soczewką. I pewnie w wielu innych, bardziej hardcorowych sytuacjach też można.

Można wyjść na środek i powiedzieć, co się myśli. Można zabrać głos w grupie obcych ludzi, przecież nikt Cię nie zje. Można pisać i publikować to, co się myśli. Ktoś będzie się śmiał? Ktoś powie, że to co robisz jest głupie? A co Cię to obchodzi.
To Twoje życie się rozkręca i nabiera tempa, kolorów. To Ty budujesz własne szczęście. To od Ciebie zależy, czy jutro obudzisz się z nową energią i motywacją do działania. Czy za 40 lat będziesz miał o czym opowiadać wnukom. Ale uwierz mi, że o tym że toczyłeś się pijany przez pół miasta, raczej nie będziesz chciał opowiadać. Podziwiać też Cię za to nie będą, nie czarujmy się.

Najlepszy czas na działanie jest teraz. Najlepszy czas na spełnianie marzeń jest teraz.
Więc zepnij tyłek i rób.

Twój plan na dziś? Jutro? Najbliższe tygodnie?


klik

Jak się chce, wszystko się da



Wyobraź sobie nieśmiałą, zgarbioną dziewczynkę. Mysi blond, na zębach aparat, a na nosie okulary. Boi się odezwać w towarzystwie obcych ludzi. Pójście samej w obce miejsce przyprawia ją o palpitacje serca i zimne poty. Prędzej zrezygnuje z czegoś bardzo ważnego dla niej, niż wybierze się gdzieś bez znajomej osoby.

Ale któregoś dnia ta sama dziewczyna bierze się w garść. Zaczyna realizować swoje największe pasje i marzenia. Rozwija się w kilku totalnie różnych od siebie dziedzinach. Otwiera się na ludzi. Rozmowa z obcymi, samodzielna wycieczka do obcego miasta, czy spróbowanie czegoś totalnie nowego to już żaden problem. Nabiera pewności siebie. Uczy się optymizmu. Stara się dzielić swoją pozytywną energią z innymi i zarażać ich motywacją. Odkrywa w sobie siłę i kobiecość, której by się po sobie nie spodziewała. Wie czego chce, wie jakie są jej mocne strony i je wykorzystuje.


Jeśli chcesz czego, to to zrób. Nie ma rzeczy niemożliwych. Przecież ktoś przed Tobą już to zrobił, czemu Tobie miałoby się to nie udać?
Jeśli na czymś Ci zależy to po prostu zepnij tyłek. Można zatańczyć z gorączką i zapaleniem oskrzeli. Nawet jeśli w przerwach troszkę Cię dusi kaszel. Może troszkę bardziej niż troszkę. Można tańczyć przez kilka godzin po całonocnej imprezie i trzech godzinach snu. Na waflach i wodzie mineralnej. Można zrobić klip po jednej próbie i nauce z filmiku. Z dziwnie suchą soczewką. I pewnie w wielu innych, bardziej hardcorowych sytuacjach też można.

Można wyjść na środek i powiedzieć, co się myśli. Można zabrać głos w grupie obcych ludzi, przecież nikt Cię nie zje. Można pisać i publikować to, co się myśli. Ktoś będzie się śmiał? Ktoś powie, że to co robisz jest głupie? A co Cię to obchodzi.
To Twoje życie się rozkręca i nabiera tempa, kolorów. To Ty budujesz własne szczęście. To od Ciebie zależy, czy jutro obudzisz się z nową energią i motywacją do działania. Czy za 40 lat będziesz miał o czym opowiadać wnukom. Ale uwierz mi, że o tym że toczyłeś się pijany przez pół miasta, raczej nie będziesz chciał opowiadać. Podziwiać też Cię za to nie będą, nie czarujmy się.

Najlepszy czas na działanie jest teraz. Najlepszy czas na spełnianie marzeń jest teraz.
Więc zepnij tyłek i rób.

Twój plan na dziś? Jutro? Najbliższe tygodnie?


klik

czwartek, 6 listopada 2014

Energię czerpię z ludzi


Ciężki dzień. Psychicznie, fizycznie, jak się tylko da. Spory niedobór snu. Mózg coraz wolniej przetwarza informacje, bo jest ich już zbyt wiele. Tak dużo rzeczy do ogarnięcia, załatwienia i nadrobienia. Jedyne marzenie to łóżko i kilka godzin czystego spokoju. Ale nie bo obowiązki gonią jak mysz kota. Oczy same się zamykają. Ucho boli. Żołądek kolejny dzień z rzędu również. Ewidentnie wszystko jest nie tak jak być powinno. Mimo wszystko po 20 minutach spędzonych w domu (dokładnie 20) biorę drugą torbę i jadę. Siadam w tramwaju, bo kręgosłup też już się buntuje. Wszystko mnie boli jakbym miała z 80 a nie 18 lat. Czytam kilka stron książki. Nie-lektury tak dla odmiany. Czegoś interesującego. Też tak dla odmiany. I może również dla odmiany uda mi się ją doczytać do końca. Nie to co ostatnie 3 lektury szkolne z rzędu. Wybiegam z tramwaju. Wchodzę do znajomej kamienicy. Widzę znajome twarze i od razu jest mi lżej na duszy. Ból mija, obowiązki i goniące terminy na dwie godziny znikają z głowy. Mogę robić swoje z ludźmi, którzy doskonale mnie rozumieją. Bo oni czują pewnie to samo, jestem o tym przekonana.



Według testu temperamentu, który robiłam w trakcie warsztatów o których mogliście przeczytać tu jestem ekstrawertykiem. Zawsze miałam dylemat co do tej kwestii, bo nie należę do osób wyjątkowo towarzyskich, ale typem samotnika też raczej nie jestem. Uświadomiłam sobie, że źle na to patrzyłam. Nie chodzi o to, że lubisz być zawsze w centrum uwagi, tylko o to skąd czerpiesz energię. A ja czerpię ją od ludzi.

źródło

Ludzie mnie inspirują. Motywują. Podnoszą na duchu. Uszczęśliwiają. Oczywiście nie wszyscy. Są tacy, których chciałabym i powinnam wyrzucić ze swojego życia. I Ty pewnie masz takich w swoim otoczeniu.
Ale przeważają jednak tacy, którzy mają w sobie dużo pozytywnej energii. Przede wszystkim są to ludzie z pasją. Robią coś, co kochają. Co sprawia im prawdziwą radość. Coś dlaczego mogą poświęcić mnóstwo czasu i pieniędzy. I nawet jeśli mają za sobą ciężki dzień lub tydzień, to ostatkami sił dadzą się ponieść tej pasji. Dzięki niej na nowo nabierają sił i są gotowi do dalszego działania.


Możliwość rozwoju zarówno pasji jak i samego siebie w grupie, to świetna sprawa i warto z tego korzystać. Znajdź ludzi, którzy kochają to co Ty. Rób to z nimi. Dziel się pomysłami, przemyśleniami, informacjami. Pytaj, poznawaj, zainteresuj się. To świetna okazja do nawiązania wartościowych znajomości, które poza konkretnymi wynikami, wywołają uśmiech na Twojej twarzy.


Wyobraź sobie, że jesteś na świecie całkiem sam. Zniknęli wszyscy Twoi wrogowie, ludzie których nie lubisz albo wręcz nie potrafisz na nich patrzeć. Nie ma też Twojej rodziny i przyjaciół. Nikogo. Tylko Ty i świat. Ale za to możesz wszystko. Każde marzenie, pragnienie, czy cel może się spełnić. I to bez nawet najmniejszego wysiłku. Ot tak, jak pstryknięcie palcami. Albo mrugnięcie powieką, jeśli nie potrafisz pstrykać. Możesz mieć wszystko, ale jesteś całkiem sam. Zgadzasz się na taki układ?


Chcesz być na bieżąco? Zapraszam:
Facebook     Instagram

Energię czerpię z ludzi


Ciężki dzień. Psychicznie, fizycznie, jak się tylko da. Spory niedobór snu. Mózg coraz wolniej przetwarza informacje, bo jest ich już zbyt wiele. Tak dużo rzeczy do ogarnięcia, załatwienia i nadrobienia. Jedyne marzenie to łóżko i kilka godzin czystego spokoju. Ale nie bo obowiązki gonią jak mysz kota. Oczy same się zamykają. Ucho boli. Żołądek kolejny dzień z rzędu również. Ewidentnie wszystko jest nie tak jak być powinno. Mimo wszystko po 20 minutach spędzonych w domu (dokładnie 20) biorę drugą torbę i jadę. Siadam w tramwaju, bo kręgosłup też już się buntuje. Wszystko mnie boli jakbym miała z 80 a nie 18 lat. Czytam kilka stron książki. Nie-lektury tak dla odmiany. Czegoś interesującego. Też tak dla odmiany. I może również dla odmiany uda mi się ją doczytać do końca. Nie to co ostatnie 3 lektury szkolne z rzędu. Wybiegam z tramwaju. Wchodzę do znajomej kamienicy. Widzę znajome twarze i od razu jest mi lżej na duszy. Ból mija, obowiązki i goniące terminy na dwie godziny znikają z głowy. Mogę robić swoje z ludźmi, którzy doskonale mnie rozumieją. Bo oni czują pewnie to samo, jestem o tym przekonana.



Według testu temperamentu, który robiłam w trakcie warsztatów o których mogliście przeczytać tu jestem ekstrawertykiem. Zawsze miałam dylemat co do tej kwestii, bo nie należę do osób wyjątkowo towarzyskich, ale typem samotnika też raczej nie jestem. Uświadomiłam sobie, że źle na to patrzyłam. Nie chodzi o to, że lubisz być zawsze w centrum uwagi, tylko o to skąd czerpiesz energię. A ja czerpię ją od ludzi.

źródło

Ludzie mnie inspirują. Motywują. Podnoszą na duchu. Uszczęśliwiają. Oczywiście nie wszyscy. Są tacy, których chciałabym i powinnam wyrzucić ze swojego życia. I Ty pewnie masz takich w swoim otoczeniu.
Ale przeważają jednak tacy, którzy mają w sobie dużo pozytywnej energii. Przede wszystkim są to ludzie z pasją. Robią coś, co kochają. Co sprawia im prawdziwą radość. Coś dlaczego mogą poświęcić mnóstwo czasu i pieniędzy. I nawet jeśli mają za sobą ciężki dzień lub tydzień, to ostatkami sił dadzą się ponieść tej pasji. Dzięki niej na nowo nabierają sił i są gotowi do dalszego działania.


Możliwość rozwoju zarówno pasji jak i samego siebie w grupie, to świetna sprawa i warto z tego korzystać. Znajdź ludzi, którzy kochają to co Ty. Rób to z nimi. Dziel się pomysłami, przemyśleniami, informacjami. Pytaj, poznawaj, zainteresuj się. To świetna okazja do nawiązania wartościowych znajomości, które poza konkretnymi wynikami, wywołają uśmiech na Twojej twarzy.


Wyobraź sobie, że jesteś na świecie całkiem sam. Zniknęli wszyscy Twoi wrogowie, ludzie których nie lubisz albo wręcz nie potrafisz na nich patrzeć. Nie ma też Twojej rodziny i przyjaciół. Nikogo. Tylko Ty i świat. Ale za to możesz wszystko. Każde marzenie, pragnienie, czy cel może się spełnić. I to bez nawet najmniejszego wysiłku. Ot tak, jak pstryknięcie palcami. Albo mrugnięcie powieką, jeśli nie potrafisz pstrykać. Możesz mieć wszystko, ale jesteś całkiem sam. Zgadzasz się na taki układ?


Chcesz być na bieżąco? Zapraszam:
Facebook     Instagram

środa, 29 października 2014

(Nie)zwykły dzień - warsztaty w Krakowie.

Jedną z najważniejszych dla mnie wartości jest rozwój. Każdy kto mnie zna trochę lepiej wie, że mam małe zboczenie na punkcie wszelkich kursów, szkoleń i warsztatów. Najchętniej poszłabym wszędzie gdzie się da. O ile jest to wiedza, która rzeczywiście mnie pociąga.

W poniedziałek wybiegłam z domu o 7 rano zdecydowanie podniecona. I podekscytowana. Przede mną była druga taka "wyprawa" po tej cieszyńskiej o której wspominałam tu
. Obawa czy się nie zgubię przyćmiła ewentualną nieśmiałość przed sporą grupą samych nieznajomych ludzi.

Praktycznie w ostatnim momencie zorientowałam się, że ulica Piotra Skargi jest jednak w innym miejscu niż myślałam. Można mieszkać w jakimś mieście od urodzenia i się gubić w samym centrum? Oczywiście, że można.



Na szczęście udało mi się dotrzeć do celu podróż i nie zginąć po drodze. Na sam Uniwersytet Ekonomiczny również doszłam bez większych przygód. Dobra lokalizacja, blisko dworca. Podoba mi się.

I tak oto znalazłam się na warsztatach edukacyjnych "Komunikacja i praca grupowa".

Dowiedziałam się jakim mam temperament. Czy byłam zaskoczona wynikami testu? Cóż, nie. Test mówi, że jestem cholerykiem. Nastawionym na cel. Urodzonym przywódcą. Liderem. Się wie ;)
Warsztaty były niesamowitym doświadczeniem. Mnóstwo wiedzy podanej w praktyczny sposób. Jak się okazało mój mózg potrafi się skupić i działać na pełnych obrotach przez kilka godzin, o ile podaje mu się ciekawe informacje.
Poza testem poznaliśmy charakterystyki wszystkich typów. Nauczyliśmy się rozpoznawać poszczególne przypadki oraz dowiedzieliśmy się jak podchodzić do każdego z nich, żeby być lepiej odbieranym i żeby dobrze nam się współpracowało i współżyło.



W drugiej części warsztatów skupiliśmy się na zasadach pracy w grupach. Co pomaga a co przeszkadza? Czego nie należy robić? Na co zwrócić uwagę, by wykorzystać potencjał grupy jak najlepiej? Wspólnie zastanawialiśmy się nad tym w swoich grupach, a następnie mieliśmy okazję wykorzystać tę wiedzę w praktyce.

Jedno z najciekawszych ćwiczeń polegało na wybraniu z listy fikcyjnych osób, które w wypadku katastrofy mającej zniszczyć świat, przeżyłyby z nami w schronie. Moja grupa wykazała się dużą kreatywnością przy kryteriach wyboru ;) Myślę, że zostaliśmy przez nie najbardziej zapamiętaną grupą tych warsztatów.


Mnóstwo wiedzy, fantastyczni ludzie, inspirujące rozmowy i przede wszystkim ogromna dawka motywacji i inspiracji do dalszego rozwoju i działania. Zdecydowanie polecam.                                
Zarówno tym, którzy się tym interesują, jak i tym którzy jeszcze nie mają pomysłu na siebie.


Jeśli nie znaleźliście jeszcze swojej pasji życiowej i nie wiecie, co czym chcecie się zająć w przyszłości to korzystajcie z takich okazji. Próbujcie nowych rzeczy, skosztujcie jakiejś nowej wiedzy czy umiejętności z którymi niekoniecznie macie do czynienia na co dzień. Pasja sama z siebie się raczej nie znajdzie, nie przyjdzie i nie popuka w plecy "hej, tu jestem!". Trzeba szukać, bo jak już się znajdzie to jest magia, energia, siła i power! Wiem co mówię.





Wpis powstał w ramach akcji Październik w słowach i zamyka wyzwanie. A w listopadzie dołączam do Fit foto wyzwania 2 . 
Oprócz tego padł ostatnio pomysł na akcję listopadowe wieczory z książką. Co Wy na to?

Pozostałe posty w ramach wyzwania:

(Nie)zwykły dzień - warsztaty w Krakowie.

Jedną z najważniejszych dla mnie wartości jest rozwój. Każdy kto mnie zna trochę lepiej wie, że mam małe zboczenie na punkcie wszelkich kursów, szkoleń i warsztatów. Najchętniej poszłabym wszędzie gdzie się da. O ile jest to wiedza, która rzeczywiście mnie pociąga.

W poniedziałek wybiegłam z domu o 7 rano zdecydowanie podniecona. I podekscytowana. Przede mną była druga taka "wyprawa" po tej cieszyńskiej o której wspominałam tu
. Obawa czy się nie zgubię przyćmiła ewentualną nieśmiałość przed sporą grupą samych nieznajomych ludzi.

Praktycznie w ostatnim momencie zorientowałam się, że ulica Piotra Skargi jest jednak w innym miejscu niż myślałam. Można mieszkać w jakimś mieście od urodzenia i się gubić w samym centrum? Oczywiście, że można.



Na szczęście udało mi się dotrzeć do celu podróż i nie zginąć po drodze. Na sam Uniwersytet Ekonomiczny również doszłam bez większych przygód. Dobra lokalizacja, blisko dworca. Podoba mi się.

I tak oto znalazłam się na warsztatach edukacyjnych "Komunikacja i praca grupowa".

Dowiedziałam się jakim mam temperament. Czy byłam zaskoczona wynikami testu? Cóż, nie. Test mówi, że jestem cholerykiem. Nastawionym na cel. Urodzonym przywódcą. Liderem. Się wie ;)
Warsztaty były niesamowitym doświadczeniem. Mnóstwo wiedzy podanej w praktyczny sposób. Jak się okazało mój mózg potrafi się skupić i działać na pełnych obrotach przez kilka godzin, o ile podaje mu się ciekawe informacje.
Poza testem poznaliśmy charakterystyki wszystkich typów. Nauczyliśmy się rozpoznawać poszczególne przypadki oraz dowiedzieliśmy się jak podchodzić do każdego z nich, żeby być lepiej odbieranym i żeby dobrze nam się współpracowało i współżyło.



W drugiej części warsztatów skupiliśmy się na zasadach pracy w grupach. Co pomaga a co przeszkadza? Czego nie należy robić? Na co zwrócić uwagę, by wykorzystać potencjał grupy jak najlepiej? Wspólnie zastanawialiśmy się nad tym w swoich grupach, a następnie mieliśmy okazję wykorzystać tę wiedzę w praktyce.

Jedno z najciekawszych ćwiczeń polegało na wybraniu z listy fikcyjnych osób, które w wypadku katastrofy mającej zniszczyć świat, przeżyłyby z nami w schronie. Moja grupa wykazała się dużą kreatywnością przy kryteriach wyboru ;) Myślę, że zostaliśmy przez nie najbardziej zapamiętaną grupą tych warsztatów.


Mnóstwo wiedzy, fantastyczni ludzie, inspirujące rozmowy i przede wszystkim ogromna dawka motywacji i inspiracji do dalszego rozwoju i działania. Zdecydowanie polecam.                                
Zarówno tym, którzy się tym interesują, jak i tym którzy jeszcze nie mają pomysłu na siebie.


Jeśli nie znaleźliście jeszcze swojej pasji życiowej i nie wiecie, co czym chcecie się zająć w przyszłości to korzystajcie z takich okazji. Próbujcie nowych rzeczy, skosztujcie jakiejś nowej wiedzy czy umiejętności z którymi niekoniecznie macie do czynienia na co dzień. Pasja sama z siebie się raczej nie znajdzie, nie przyjdzie i nie popuka w plecy "hej, tu jestem!". Trzeba szukać, bo jak już się znajdzie to jest magia, energia, siła i power! Wiem co mówię.





Wpis powstał w ramach akcji Październik w słowach i zamyka wyzwanie. A w listopadzie dołączam do Fit foto wyzwania 2 . 
Oprócz tego padł ostatnio pomysł na akcję listopadowe wieczory z książką. Co Wy na to?

Pozostałe posty w ramach wyzwania:

niedziela, 26 października 2014

Dlaczego dancehall?



Chyba zaczynam trochę od tyłu. Zamiast opowiedzieć Wam o historii lub czymś w tym stylu, od razu przechodzę do sedna. Ale w sumie kto blogerowi zabroni?
Kilka lat temu nie sądziłam, że trafię w to miejsce. Byłam zakochana w modern jazzie i contemporary. Długa koszula, liryczna muzyka i jak mówi moja mama „cioranie się po ziemi” - takie miałam wyobrażenie o tych stylach. Naoglądało się dziecko You can dance, a potem zderzyło z rzeczywistością na modernie. Muzyka nie była romantyczna, układy liryczne. Koszuli to też nie było. Trochę się zraziłam, ale to akurat kwestia instruktorki. Jazz jest piękny, ale to nie mój styl.
Na dancehall padło przypadkowo. Chociaż nie, przypadki przecież nie istnieją. Widocznie tak miało być. Dziś nie wyobrażam sobie trenowanie czegoś innego. No dobrze wyobrażam sobie, ale lepiej żebyście nie wiedzieli co ;)



A więc dlaczego dancehall?

-Bo to niesamowicie różnorodny styl
Ostatnio jeden jedyny raz obejrzałam fragment programu Dancing with stars. Bo był dancehall. Para wypadła całkiem nieźle, chociaż większość była jednak nie-jamajska. Natomiast bardziej zasmuciły mnie jednak opinie jury. „Specjaliści” którzy nie mają pojęcia o podstawach. Nie, dancehall to nie tylko zmysłowość i shake. A mężczyźni shake'ów w ogóle nie robią, tak na przyszłość.

Dancehall to nie tylko seks. To zabawa, to gangsterka, to mroczność, to romantyzm, to wiele innych odsłon. Pasuje na każdy nastrój i daje niesamowite możliwości rozwoju.

-Bo dodaje pewności siebie
Jak każdy taniec. Chociaż moje ulubione powiedzenie „skoro robiłaś już shake'i na stole przed ludźmi, to czego się boisz?” mówi samo za siebie. Tak, do siebie to mówię. Działa.


-* Pozwala odkryć kobiecość o którą w życiu byście się nie posądzały
Ten punkt dotyczy oczywiście tylko Pań.
Seksapil i kobiecość można pokazać nie tylko przy shake'ach, czy twerkach. Jest wiele pięknych, kobiecych kroków. A ich wykonywanie to sama przyjemność. Dla tańczącej i dla oglądającego.
Dancehall pozwala odkryć w sobie nowe możliwości, otworzyć się i nabrać świadomości własnego ciała. Kobietom z kompleksami i niskim poczuciem wartości zapisywałabym na receptę. Właściwie to wszystkim kobietom.

-Daje okazję do poznania wspaniałych ludzi.
I niesamowicie pozytywnych. Po prostu najlepszych. Kiedy się chłonie ten klimat i tą kulturę, to przechodzi się w trochę inny wymiar.


Mieliście może okazję zetknąć się z dancehallem? A może trenujecie jakiś inny taniec?

Autorką zdjęć jest Mariola Kowalczyk.
Więcej znajdziecie tu. :)

Dlaczego dancehall?



Chyba zaczynam trochę od tyłu. Zamiast opowiedzieć Wam o historii lub czymś w tym stylu, od razu przechodzę do sedna. Ale w sumie kto blogerowi zabroni?
Kilka lat temu nie sądziłam, że trafię w to miejsce. Byłam zakochana w modern jazzie i contemporary. Długa koszula, liryczna muzyka i jak mówi moja mama „cioranie się po ziemi” - takie miałam wyobrażenie o tych stylach. Naoglądało się dziecko You can dance, a potem zderzyło z rzeczywistością na modernie. Muzyka nie była romantyczna, układy liryczne. Koszuli to też nie było. Trochę się zraziłam, ale to akurat kwestia instruktorki. Jazz jest piękny, ale to nie mój styl.
Na dancehall padło przypadkowo. Chociaż nie, przypadki przecież nie istnieją. Widocznie tak miało być. Dziś nie wyobrażam sobie trenowanie czegoś innego. No dobrze wyobrażam sobie, ale lepiej żebyście nie wiedzieli co ;)



A więc dlaczego dancehall?

-Bo to niesamowicie różnorodny styl
Ostatnio jeden jedyny raz obejrzałam fragment programu Dancing with stars. Bo był dancehall. Para wypadła całkiem nieźle, chociaż większość była jednak nie-jamajska. Natomiast bardziej zasmuciły mnie jednak opinie jury. „Specjaliści” którzy nie mają pojęcia o podstawach. Nie, dancehall to nie tylko zmysłowość i shake. A mężczyźni shake'ów w ogóle nie robią, tak na przyszłość.

Dancehall to nie tylko seks. To zabawa, to gangsterka, to mroczność, to romantyzm, to wiele innych odsłon. Pasuje na każdy nastrój i daje niesamowite możliwości rozwoju.

-Bo dodaje pewności siebie
Jak każdy taniec. Chociaż moje ulubione powiedzenie „skoro robiłaś już shake'i na stole przed ludźmi, to czego się boisz?” mówi samo za siebie. Tak, do siebie to mówię. Działa.


-* Pozwala odkryć kobiecość o którą w życiu byście się nie posądzały
Ten punkt dotyczy oczywiście tylko Pań.
Seksapil i kobiecość można pokazać nie tylko przy shake'ach, czy twerkach. Jest wiele pięknych, kobiecych kroków. A ich wykonywanie to sama przyjemność. Dla tańczącej i dla oglądającego.
Dancehall pozwala odkryć w sobie nowe możliwości, otworzyć się i nabrać świadomości własnego ciała. Kobietom z kompleksami i niskim poczuciem wartości zapisywałabym na receptę. Właściwie to wszystkim kobietom.

-Daje okazję do poznania wspaniałych ludzi.
I niesamowicie pozytywnych. Po prostu najlepszych. Kiedy się chłonie ten klimat i tą kulturę, to przechodzi się w trochę inny wymiar.


Mieliście może okazję zetknąć się z dancehallem? A może trenujecie jakiś inny taniec?

Autorką zdjęć jest Mariola Kowalczyk.
Więcej znajdziecie tu. :)

czwartek, 23 października 2014

Motywacja

Wiecie, jesteśmy tylko (i aż) ludźmi. Możemy mieć gorszy dzień lub dwa. Czasem nawet tydzień. To normalna kolej rzeczy. Nikt nie jest niezniszczalny i niezwyciężony. Człowiek to nie pędząca maszyna do realizacji miliona celów i odhaczania kolejnych zadań. Bycie ambitną osobą, nie należy do najprostszych rzeczy na tym świecie. Bywa wręcz uciążliwe. I męczące.

Człowiek nie jest maszyną. A ja jestem człowiekiem i też mam swoje granice wytrzymałości. Ostatnio przekonałam się o tym. Albo raczej powinnam powiedzieć, że zderzyłam się z tą informacją. Podobno spadek ciśnienia aż po mnie widać. Zamiast hiszpańskiej opalenizny cienie pod oczami. Taki jakiś brak energii, mobilizacji, motywacji. Tak trochę. Ale przecież nie można się tak po prostu poddawać.
źródło


Motywacja to taka trochę zdradliwa koleżanka. Czasami możesz liczyć na nią 24h na dobę. Nakręca się energią i siłą. Chcesz robić, teraz już, natychmiast. Nie opuszcza Cię, trzyma się wręcz kurczowo. Zmusza do dynamiki. A czasami nagle znika. Bez słowa. Nie zostawia żadnej wiadomości. Nie mówi kiedy wróci, ani dlaczego ucieka. I nie wiesz, gdzie jej szukać. Ale wróci. Ona zawsze wraca.

Uwielbiam motywować ludzi. Stąd mój mały dylemat co do dalszej drogi kształcenia. Ale mam czas, nie o to chodzi.
Istnieje pewne ciekawe zjawisko. Choćby mi się nic nie chciało, choćbym miała ochotę zakopać się pod kocem i obudzić na święta, zawsze będę starała się kopnąć innych. Namawiać ich do zrobienia czegoś. Popychać we właściwą stronę, kiedy się opierają. Przekonywać, że nie ma się czego obawiać. Przecież tylu innych ludzi już dało radę, czemu Ty miałbyś nie dać?
Tylu słabszych od Ciebie już sobie poradziło, a Ty sobie nie poradzisz? Z jakiej racji? Przecież tyle masz, tyle potrafisz, tyle możesz!


Dziś o motywacji, choć mało motywacyjnie. Poprawię się, poczekajcie aż koleżanka M wróci. W międzyczasie nauczę się robić ósemki, opanuję twierdzenia cosinusa i sinusa i zgłębię historię starożytnego Rzymu. Oue interesante.


Zostawiam Wam linki do kilku moich tekstów motywacyjnych w zamian:


Tekst powstał w ramach wyzwania Październik w słowach.

Motywacja

Wiecie, jesteśmy tylko (i aż) ludźmi. Możemy mieć gorszy dzień lub dwa. Czasem nawet tydzień. To normalna kolej rzeczy. Nikt nie jest niezniszczalny i niezwyciężony. Człowiek to nie pędząca maszyna do realizacji miliona celów i odhaczania kolejnych zadań. Bycie ambitną osobą, nie należy do najprostszych rzeczy na tym świecie. Bywa wręcz uciążliwe. I męczące.

Człowiek nie jest maszyną. A ja jestem człowiekiem i też mam swoje granice wytrzymałości. Ostatnio przekonałam się o tym. Albo raczej powinnam powiedzieć, że zderzyłam się z tą informacją. Podobno spadek ciśnienia aż po mnie widać. Zamiast hiszpańskiej opalenizny cienie pod oczami. Taki jakiś brak energii, mobilizacji, motywacji. Tak trochę. Ale przecież nie można się tak po prostu poddawać.
źródło


Motywacja to taka trochę zdradliwa koleżanka. Czasami możesz liczyć na nią 24h na dobę. Nakręca się energią i siłą. Chcesz robić, teraz już, natychmiast. Nie opuszcza Cię, trzyma się wręcz kurczowo. Zmusza do dynamiki. A czasami nagle znika. Bez słowa. Nie zostawia żadnej wiadomości. Nie mówi kiedy wróci, ani dlaczego ucieka. I nie wiesz, gdzie jej szukać. Ale wróci. Ona zawsze wraca.

Uwielbiam motywować ludzi. Stąd mój mały dylemat co do dalszej drogi kształcenia. Ale mam czas, nie o to chodzi.
Istnieje pewne ciekawe zjawisko. Choćby mi się nic nie chciało, choćbym miała ochotę zakopać się pod kocem i obudzić na święta, zawsze będę starała się kopnąć innych. Namawiać ich do zrobienia czegoś. Popychać we właściwą stronę, kiedy się opierają. Przekonywać, że nie ma się czego obawiać. Przecież tylu innych ludzi już dało radę, czemu Ty miałbyś nie dać?
Tylu słabszych od Ciebie już sobie poradziło, a Ty sobie nie poradzisz? Z jakiej racji? Przecież tyle masz, tyle potrafisz, tyle możesz!


Dziś o motywacji, choć mało motywacyjnie. Poprawię się, poczekajcie aż koleżanka M wróci. W międzyczasie nauczę się robić ósemki, opanuję twierdzenia cosinusa i sinusa i zgłębię historię starożytnego Rzymu. Oue interesante.


Zostawiam Wam linki do kilku moich tekstów motywacyjnych w zamian:


Tekst powstał w ramach wyzwania Październik w słowach.