Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lutego 2015

Szukając pomysłu na siebie #1 Kim jesteś?

„Kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz?” to chyba jedno z najczęściej zadawanych dzieciom pytań. Od małego tworzymy jakieś wizje. Malujemy obrazki, przedstawiające nas reprezentujących jakąś profesję. Czasami są to zawody, które nam imponują sławą i pieniędzmi – bo to oglądamy w telewizji. Dlatego chciałam zostać aktorką (chociaż każde zetknięcie z recytacją było istną porażką), dlatego chciałam zostać piosenkarką (chociaż czysto potrafię zaśpiewać tylko kilka piosenek o niezbyt skomplikowanej melodii). Ewentualnie miss Polonia. Po co? Nie wiem, ale to fajnie brzmiało. Nie, nie chodziło o bycie najpiękniejszą. Po prostu sam tytuł fajnie brzmi. No i podobała mi się Sandra Bullock w Miss Agent wyciągająca legitymację i mówiąca „FBI proszę się odsunąć”.
Alternatywą dla pragnienia fejmu są zawody naszych najbliższych. Do dziś nie mogę uwierzyć, że kiedykolwiek przez mój mózg przeszła chęć zostania pielęgniarką. Mój mózg, który krzyczy na widok igły.
Dzieci chcą być lekarzami, prawnikami, nauczycielami, strażakami, policjantami. Bo to się rzuca w oczy. To widzą na co dzień. To jest fajne, bo fajnie wygląda.
A potem człowiek dorasta i zderza się z rzeczywistością. Z wyborem przedmiotów na maturze. Z tym czy będzie praca. Z tym czego właściwie się chce.


Zamiast myśleć o tym kim BĘDZIESZ, zastanów się kim JESTEŚ.

Na siłę staramy się wcisnąć w jakiś schemat. Owszem, kiedy już masz pomysł na siebie i jakiś zarys tego co dalej, jest znacznie lżej. Tylko że do tej ulgi trzeba jakoś najpierw dojść.

Dzisiaj stawiam przed Tobą zadanie. Zastanów się kim jesteś. Teraz.
Jaki jesteś?
Jak reagujesz na różne sytuacje? Jakim jesteś człowiekiem? Nie skupiaj się na innych. Nie skupiaj się na rzeczach, na otoczeniu. Tylko to, co siedzi w Tobie.
Wypisz wszystkie cechy wewnętrzne jakie przychodzą Ci do głowy. Dobre i złe. Staraj się, żeby dobrych było więcej. Niech to będzie co najmniej 15 zalet i maksymalnie 10 wad.
zdjęcie autorstwa jestrudo


Jakie odgrywasz role w swoim życiu?
Każdego dnia zakładamy różne maski. Odgrywamy różne role. To całkiem normalne.
Jakie role Ty odgrywasz? Opisz cechy każdej z nich.
Jaką jesteś córką? Jakim jesteś przyjacielem? Uczennicą? Studentem? Wnukiem? Pracownikiem? Sportowcem? Partnerem? Dziewczyną? Blogerem? Które Twoje cechy objawiają się w trakcie wcielania się w którąś z ról?


A na koniec puść wodze wyobraźni i zastanów się jaki chciałbyś być?
Których wad chciałbyś się pozbyć? Które zalety chciałbyś w sobie rozwinąć? Jakim chciałbyś być człowiekiem?
Optymistą? Pewnym siebie? Zarażającym dobrą energią? Spontanicznym? Pracowitym? Spokojnym, wyciszonym? Skupionym na celach? Opcji jest tak dużo!

Spisz sobie wszystko na kartce. Nie zostawiaj tego w głowie, przelej myśli na papier. Jeszcze nie raz wrócisz do tej kartki.

Jeśli masz jakieś przemyślenia, którymi chcesz się podzielić, koniecznie daj znać!

Znajdziesz mnie na Facebooku i Instagramie.
Jeśli masz ochotę na więcej, zajrzyj na Małpy na obcasach.

Szukając pomysłu na siebie #1 Kim jesteś?

„Kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz?” to chyba jedno z najczęściej zadawanych dzieciom pytań. Od małego tworzymy jakieś wizje. Malujemy obrazki, przedstawiające nas reprezentujących jakąś profesję. Czasami są to zawody, które nam imponują sławą i pieniędzmi – bo to oglądamy w telewizji. Dlatego chciałam zostać aktorką (chociaż każde zetknięcie z recytacją było istną porażką), dlatego chciałam zostać piosenkarką (chociaż czysto potrafię zaśpiewać tylko kilka piosenek o niezbyt skomplikowanej melodii). Ewentualnie miss Polonia. Po co? Nie wiem, ale to fajnie brzmiało. Nie, nie chodziło o bycie najpiękniejszą. Po prostu sam tytuł fajnie brzmi. No i podobała mi się Sandra Bullock w Miss Agent wyciągająca legitymację i mówiąca „FBI proszę się odsunąć”.
Alternatywą dla pragnienia fejmu są zawody naszych najbliższych. Do dziś nie mogę uwierzyć, że kiedykolwiek przez mój mózg przeszła chęć zostania pielęgniarką. Mój mózg, który krzyczy na widok igły.
Dzieci chcą być lekarzami, prawnikami, nauczycielami, strażakami, policjantami. Bo to się rzuca w oczy. To widzą na co dzień. To jest fajne, bo fajnie wygląda.
A potem człowiek dorasta i zderza się z rzeczywistością. Z wyborem przedmiotów na maturze. Z tym czy będzie praca. Z tym czego właściwie się chce.


Zamiast myśleć o tym kim BĘDZIESZ, zastanów się kim JESTEŚ.

Na siłę staramy się wcisnąć w jakiś schemat. Owszem, kiedy już masz pomysł na siebie i jakiś zarys tego co dalej, jest znacznie lżej. Tylko że do tej ulgi trzeba jakoś najpierw dojść.

Dzisiaj stawiam przed Tobą zadanie. Zastanów się kim jesteś. Teraz.
Jaki jesteś?
Jak reagujesz na różne sytuacje? Jakim jesteś człowiekiem? Nie skupiaj się na innych. Nie skupiaj się na rzeczach, na otoczeniu. Tylko to, co siedzi w Tobie.
Wypisz wszystkie cechy wewnętrzne jakie przychodzą Ci do głowy. Dobre i złe. Staraj się, żeby dobrych było więcej. Niech to będzie co najmniej 15 zalet i maksymalnie 10 wad.
zdjęcie autorstwa jestrudo


Jakie odgrywasz role w swoim życiu?
Każdego dnia zakładamy różne maski. Odgrywamy różne role. To całkiem normalne.
Jakie role Ty odgrywasz? Opisz cechy każdej z nich.
Jaką jesteś córką? Jakim jesteś przyjacielem? Uczennicą? Studentem? Wnukiem? Pracownikiem? Sportowcem? Partnerem? Dziewczyną? Blogerem? Które Twoje cechy objawiają się w trakcie wcielania się w którąś z ról?


A na koniec puść wodze wyobraźni i zastanów się jaki chciałbyś być?
Których wad chciałbyś się pozbyć? Które zalety chciałbyś w sobie rozwinąć? Jakim chciałbyś być człowiekiem?
Optymistą? Pewnym siebie? Zarażającym dobrą energią? Spontanicznym? Pracowitym? Spokojnym, wyciszonym? Skupionym na celach? Opcji jest tak dużo!

Spisz sobie wszystko na kartce. Nie zostawiaj tego w głowie, przelej myśli na papier. Jeszcze nie raz wrócisz do tej kartki.

Jeśli masz jakieś przemyślenia, którymi chcesz się podzielić, koniecznie daj znać!

Znajdziesz mnie na Facebooku i Instagramie.
Jeśli masz ochotę na więcej, zajrzyj na Małpy na obcasach.

niedziela, 25 stycznia 2015

Nie tylko słowa

Siła jest cechą niezwykle pożądaną. Zarówno ta fizyczna, objawiająca się w napiętych muskułach, jak i ta psychiczna, która pozwala zachować zimną krew i znosić ból z zaciśniętymi zębami.
Trudno jest być wrażliwym i silnym jednocześnie. Trudno jest zachować wizerunek osoby, która szybko podnosi się z upadku, otrzepuje kolana i po prostu idzie naprzód. Ale można. Tłumiąc wszystko w sobie.


Można nie uronić ani jednej łzy. Można nosić ze sobą ból straty przez długi czas i nie dopuszczać do siebie myśli, że to rzeczywiście boli. Przecież silnego człowieka takie rzeczy nie ruszają. Silny człowiek nie płacze z byle powodu.
Można nie przespać całej nocy, ale dalej udawać, że nic się nie stało. Że tak jak jest teraz, jest nawet lepiej. A jednak ta szpilka ciągle siedzi, gdzieś w środku i nie pozwala zapomnieć.
Można niby iść dalej, niby coś zmieniać, niby działać, a jednak ciągle wracać do przeszłości. Chyba trudno to nazwać pogodzeniem?
źródło

Aż w końcu coś pęka.
Poznaje się właściwych ludzi, we właściwym miejscu i właściwym czasie. Można się w spokoju wyciszyć, wsłuchać w siebie, wsłuchać w ich głosy. Można znaleźć ukojenie we własnej głowie, przebywając w tłumie osób. Można w końcu dotrzeć do sedna i zrozumieć, czego się właściwie chce. Może nie w każdej dziedzinie, ale przynajmniej jedna, czy dwie przynoszą ogromną ulgę. Można sobie pozwolić na jedną łzę. Na dwie łzy. Na wiele łez. I to są łzy szczęścia, smutku i ulgi jednocześnie. Można odnaleźć błogi spokój. Można spojrzeć w czyjeś oczy i dostrzec w nich zrozumienie. Ktoś może wywołać uśmiech na naszej twarzy drobnym gestem. Ktoś może dostrzec w nas coś więcej niż tylko niezłomną skałę. Takie spojrzenie daje więcej niż słowa.
Daje ukojenie. Że coś w nas jednak jest, tkwi. I możemy sobie na to pozwolić.

Wystarczy tylko chcieć.

Wpis powstał w ramach wyzwania Różowej Klary "Styczeń w słowach".

Nie tylko słowa

Siła jest cechą niezwykle pożądaną. Zarówno ta fizyczna, objawiająca się w napiętych muskułach, jak i ta psychiczna, która pozwala zachować zimną krew i znosić ból z zaciśniętymi zębami.
Trudno jest być wrażliwym i silnym jednocześnie. Trudno jest zachować wizerunek osoby, która szybko podnosi się z upadku, otrzepuje kolana i po prostu idzie naprzód. Ale można. Tłumiąc wszystko w sobie.


Można nie uronić ani jednej łzy. Można nosić ze sobą ból straty przez długi czas i nie dopuszczać do siebie myśli, że to rzeczywiście boli. Przecież silnego człowieka takie rzeczy nie ruszają. Silny człowiek nie płacze z byle powodu.
Można nie przespać całej nocy, ale dalej udawać, że nic się nie stało. Że tak jak jest teraz, jest nawet lepiej. A jednak ta szpilka ciągle siedzi, gdzieś w środku i nie pozwala zapomnieć.
Można niby iść dalej, niby coś zmieniać, niby działać, a jednak ciągle wracać do przeszłości. Chyba trudno to nazwać pogodzeniem?
źródło

Aż w końcu coś pęka.
Poznaje się właściwych ludzi, we właściwym miejscu i właściwym czasie. Można się w spokoju wyciszyć, wsłuchać w siebie, wsłuchać w ich głosy. Można znaleźć ukojenie we własnej głowie, przebywając w tłumie osób. Można w końcu dotrzeć do sedna i zrozumieć, czego się właściwie chce. Może nie w każdej dziedzinie, ale przynajmniej jedna, czy dwie przynoszą ogromną ulgę. Można sobie pozwolić na jedną łzę. Na dwie łzy. Na wiele łez. I to są łzy szczęścia, smutku i ulgi jednocześnie. Można odnaleźć błogi spokój. Można spojrzeć w czyjeś oczy i dostrzec w nich zrozumienie. Ktoś może wywołać uśmiech na naszej twarzy drobnym gestem. Ktoś może dostrzec w nas coś więcej niż tylko niezłomną skałę. Takie spojrzenie daje więcej niż słowa.
Daje ukojenie. Że coś w nas jednak jest, tkwi. I możemy sobie na to pozwolić.

Wystarczy tylko chcieć.

Wpis powstał w ramach wyzwania Różowej Klary "Styczeń w słowach".

wtorek, 20 stycznia 2015

Przestań wymyślać sobie problemy. Dla siebie.


Ludzie mają skłonność do wymyślania sobie problemów. Nie powiecie, że jest inaczej.
Każdy z nas ma jakieś trudności z którymi się boryka. Rzadko występują takie momenty, kiedy zupełnie nic nas nie męczy, wszystko układa się pomyślnie i każdy trybik działa właściwie na swoim miejscu. Prawie zawsze znajdzie się coś, co mogłoby być lepiej. Taki już jest ten świat.
Mimo to i tak ciągle sobie sami coś dokładamy. Tylko po co?
Dziewczyna w sumie lubi siebie. Jest całkiem niebrzydka. Może i można by było parę rzeczy zmienić, czy poprawić. Może tu i ówdzie mogłoby być mniej, a gdzie indziej odrobinę więcej, ale właściwie jakie to ma znaczenie? Akceptuje siebie taką, jaka jest.
Jak każdego dnia, spotyka grupę swoich koleżanek. No i zaczyna się.
Ta narzeka na za grube uda. Inna na brak cycków. Trzecia na to, że zaś cycki ma za duże, a to bardzo przeszkadza. Tej się nie podobają jej zęby, ta ma dziwne włosy (chociaż nie jest w stanie zdefiniować w czym są dziwne). Każda narzeka, jaka to jest brzydka i biedna z tego powodu. Co robi nasza bohaterka?
Ano dostosowuje się do reszty i też wyszukuje sobie jakiś kompleks. Przecież to tylko na potrzeby rozmowy, przecież ona się całkowicie akceptuje. Tylko, ze jeden, drugi taki przypadek i nagle cała
samoakceptacja się sypie. Bo mózg zaczął sobie kodować, że przecież coś z nią jest nie tak.


Ona. I on. Krótkie rozmowy, długie spojrzenia. Potem coraz dłuższe rozmowy, coraz głębsze spojrzenia. Nieśmiałe uśmiechy, delikatne zaczepki. Chemia unosi się w powietrzu.
Kolejny dobry dzień. Udało im się trochę więcej pogadać. Ona powoli zaczyna czuć się trochę pewniejsza tego, że rzeczywiście mu się podoba. Ma dobry dzień, dużo się uśmiecha.
A potem nagle zaczyna układać w głowie czarne obrazy.
A może on chce ją tylko zaciągnąć do łóżka? Może to zwykły podrywacz i traktuje w ten sposób jakieś 10 innych lasek? A może założył się z jakimś kumplem, że uda mu się ją poderwać? Wariacji tak wiele, a humor gaśnie. Gaśnie. Gaśnie, gaśnie, gaśnie... Aż w końcu po ekscytacji i radości nie zostaje ani śladu. Za to chce jej się płakać, słuchać smutnych piosenek i narzekać, że faceci są beznadziejni. A dlaczego? Bo tak sobie uroiła.


Wpadasz do szkoły. Masz dobry humor, zjadłeś dobre śniadanie i wypiłeś ulubioną kawę. W tramwaju udało Ci się załapać na miejsce siedzące. Nawet nie śmierdziało jakoś bardzo. Naprawdę zapowiada się dobry dzień.
Wpadasz do szkoły. Spotykasz kogoś znajomego. Pytasz : jak tam?
Odpowiada: a nijak. Nie chce mi się. Co odpowiadasz? Najlepiej, że też Ci się nie chce. I rzeczywiście się odechciewa. A zapowiadało się tak dobrze.


W naszych myślach tkwi potężna siła. Umiejętność kierowania swoim nastawieniem w taki sposób, byśmy podchodzili do spraw w pozytywny sposób, jest umiejętnością, której z pewnością warto się nauczyć. Dla siebie.
Oduczyć się wymyślania sobie problemów też warto. Dla siebie.

Na tym świecie potrafi być wystarczająco paskudnie. Po co sobie samemu stwarzać problemy?

Wpis powstał w ramach wyzwania:styczeń w słowach Różowej Klary.

Chcesz być na bieżąco? Zajrzy na Facebook i Instagram.

Przestań wymyślać sobie problemy. Dla siebie.


Ludzie mają skłonność do wymyślania sobie problemów. Nie powiecie, że jest inaczej.
Każdy z nas ma jakieś trudności z którymi się boryka. Rzadko występują takie momenty, kiedy zupełnie nic nas nie męczy, wszystko układa się pomyślnie i każdy trybik działa właściwie na swoim miejscu. Prawie zawsze znajdzie się coś, co mogłoby być lepiej. Taki już jest ten świat.
Mimo to i tak ciągle sobie sami coś dokładamy. Tylko po co?
Dziewczyna w sumie lubi siebie. Jest całkiem niebrzydka. Może i można by było parę rzeczy zmienić, czy poprawić. Może tu i ówdzie mogłoby być mniej, a gdzie indziej odrobinę więcej, ale właściwie jakie to ma znaczenie? Akceptuje siebie taką, jaka jest.
Jak każdego dnia, spotyka grupę swoich koleżanek. No i zaczyna się.
Ta narzeka na za grube uda. Inna na brak cycków. Trzecia na to, że zaś cycki ma za duże, a to bardzo przeszkadza. Tej się nie podobają jej zęby, ta ma dziwne włosy (chociaż nie jest w stanie zdefiniować w czym są dziwne). Każda narzeka, jaka to jest brzydka i biedna z tego powodu. Co robi nasza bohaterka?
Ano dostosowuje się do reszty i też wyszukuje sobie jakiś kompleks. Przecież to tylko na potrzeby rozmowy, przecież ona się całkowicie akceptuje. Tylko, ze jeden, drugi taki przypadek i nagle cała
samoakceptacja się sypie. Bo mózg zaczął sobie kodować, że przecież coś z nią jest nie tak.


Ona. I on. Krótkie rozmowy, długie spojrzenia. Potem coraz dłuższe rozmowy, coraz głębsze spojrzenia. Nieśmiałe uśmiechy, delikatne zaczepki. Chemia unosi się w powietrzu.
Kolejny dobry dzień. Udało im się trochę więcej pogadać. Ona powoli zaczyna czuć się trochę pewniejsza tego, że rzeczywiście mu się podoba. Ma dobry dzień, dużo się uśmiecha.
A potem nagle zaczyna układać w głowie czarne obrazy.
A może on chce ją tylko zaciągnąć do łóżka? Może to zwykły podrywacz i traktuje w ten sposób jakieś 10 innych lasek? A może założył się z jakimś kumplem, że uda mu się ją poderwać? Wariacji tak wiele, a humor gaśnie. Gaśnie. Gaśnie, gaśnie, gaśnie... Aż w końcu po ekscytacji i radości nie zostaje ani śladu. Za to chce jej się płakać, słuchać smutnych piosenek i narzekać, że faceci są beznadziejni. A dlaczego? Bo tak sobie uroiła.


Wpadasz do szkoły. Masz dobry humor, zjadłeś dobre śniadanie i wypiłeś ulubioną kawę. W tramwaju udało Ci się załapać na miejsce siedzące. Nawet nie śmierdziało jakoś bardzo. Naprawdę zapowiada się dobry dzień.
Wpadasz do szkoły. Spotykasz kogoś znajomego. Pytasz : jak tam?
Odpowiada: a nijak. Nie chce mi się. Co odpowiadasz? Najlepiej, że też Ci się nie chce. I rzeczywiście się odechciewa. A zapowiadało się tak dobrze.


W naszych myślach tkwi potężna siła. Umiejętność kierowania swoim nastawieniem w taki sposób, byśmy podchodzili do spraw w pozytywny sposób, jest umiejętnością, której z pewnością warto się nauczyć. Dla siebie.
Oduczyć się wymyślania sobie problemów też warto. Dla siebie.

Na tym świecie potrafi być wystarczająco paskudnie. Po co sobie samemu stwarzać problemy?

Wpis powstał w ramach wyzwania:styczeń w słowach Różowej Klary.

Chcesz być na bieżąco? Zajrzy na Facebook i Instagram.

niedziela, 11 stycznia 2015

Po raz pierwszy

Przypomnij sobie to uczucie. Pierwszy raz. Pierwszy dotyk. Pierwsze dreszcze podniecenia i ekscytacji. Lekki strach. Może wcale nie lekki. Przyspieszone bicie serca. Płytki oddech. Nie ważne czy robisz to z kimś, czy samemu. Nie ważne jak długo na to czekałeś. Zawsze pojawia się minimalny stres. Czy wszystko pójdzie dobrze? Czy to bezpieczne? Jakie będą skutki w przyszłości? Utrata jakiegokolwiek życiowego dziewictwa i robienie czegoś po raz pierwszy zawsze jest ważnym wydarzeniem. I warto to celebrować.


Bardzo chciałam na początek tekstu wrzucić Wam jakiś piękny cytat albo piosenkę. Widziałam, że parę dziewczyn odniosło się do pięknego wiersza Szymborskiej „Nic dwa razy” (tak jest piękny, nie, nie jest oklepany; mam ogromny sentyment do Szymborskiej). Niestety kiedy próbowałam przypomnieć sobie jakiś utwór z frazą „pierwszy raz” to przypomniało mi się to:


Niezbyt patetycznie, ale „Frozen” fajna bajka.


Robienie czegoś po raz pierwszy to podstawowy krok w poszerzaniu strefy komfortu. Próbowanie nowych rzeczy, poznawanie nowych ludzi i pierwsze rozmowy z nimi, pierwsza wizyta w jakimś miejscu. Wszystko to rozciąga tą naszą otoczkę coraz bardziej i bardziej, a my dzięki temu czujemy się na tym świecie trochę swobodniej. Fajna sprawa prawda?

We wpisie o siedmiu marzeniach na rok 2015 nie zdradziłam Wam zbyt wielu postanowień, więc postanowiłam wykorzystać to dzisiaj i podzielić się z Wami listą rzeczy, które chciałabym w tym roku zrobić po raz pierwszy.
źródło


  1. Po raz pierwszy usiąść za kołkiem. Dobrze by było w końcu zapisać się na prawo jazdy. Nie jest to może mój priorytet, bo mam ważniejsze rzeczy do zrobienia, ale jeśli czas pozwoli, to w 2015 roku pierwszy raz siądę za kierownicą. Tak, powinniście się bać i chować w domach. Żeby potem nie było, że nie uprzedzałam.
  2. Po raz pierwszy wziąć udział w zawodach tanecznych. O tym już mówiłam.
  3. Po raz pierwszy wziąć udział w spotkaniu blogerskim poza Katowicami. Na celowniku See blogger, chociaż przyznaję, że najbardziej marzy mi się Blog Forum Gdańsk 2015.
  4. Po raz pierwszy nagrać teledysk ze swoją choreografią. To mi się marzy już tak od roku co najmniej, póki co mam tylko pomysł na to, kto mógłby to nagrać. Małymi krokami...
  5. Po raz pierwszy znaleźć pracę na wakacje. Najlepiej za granicą.
  6. Po raz pierwszy wystąpić publicznie przed grupą ponad 100 osób.
  7. Po raz pierwszy porozmawiać z moim ulubionym bloggerem, który bardzo mnie inspiruje. W tej kwestii już się coś podziało ostatnio, ale na razie nie mogę nic więcej zdradzić. Bądźcie jednak czujni, bo być może niedługo Katowice odwiedzą naprawdę fajni ludzie i tego nie można przegapić.
  8. Po raz pierwszy zrobić szpagat. Po raz pierwszy od jakichś 10 lat.
  9. Po raz pierwszy przerzucić się na czytnik ebooków. Czyli po prostu kupić Kindle'a.
  10. Po raz pierwszy zaprojektować sukienkę.
  11. Po raz pierwszy wybrać się na jakieś spotkanie dotyczące Public relations i social mediów. W moim mieście dosyć często odbywają się różne fajne inicjatywy. Może w końcu uda mi się tam dotrzeć.
  12. Po raz pierwszy założyć album ze zdjęciami z roku 2014.
  13. Po raz pierwszy pouczyć się jakiegoś nowego tańca.
  14. Po raz pierwszy przygotować jakieś blogowe wyzwanie dla Was.
  15. Po raz pierwszy przygotować jakiś materiał na yt. Jest grupa męczących mnie w tym temacie osób. Pomysł też jest. Najgorzej ze sprzętem.
  16. Po raz pierwszy zobaczyć balet. Może być nawet transmisja w kinie. Ale jednak.
  17. Po raz pierwszy nauczyć się robić w miarę przyzwoite zdjęcia.
Zadanie domowe: Co Wy chcecie zrobić w tym roku po raz pierwszy? Bo jeśli chcecie się rozwijać, to czas spróbować czegoś nowego. Więc słucham drodzy Państwo. Raz, raz.
A tak całkiem poważnie to jestem bardzo ciekawa, jakich wyzwań chcecie się podjąć. Może mnie do czegoś zainspirujecie.


Co do wyzwania blogowego o którym wspomniałam powyżej: mam dwa pomysły. Jeden to bardziej wyzwanie rozwojowe, drugi to akcja motywacyjna. Czym bylibyście zainteresowani?

Post powstał w ramach wyzwania Różowej Klary: Styczeń w słowach.

Po raz pierwszy

Przypomnij sobie to uczucie. Pierwszy raz. Pierwszy dotyk. Pierwsze dreszcze podniecenia i ekscytacji. Lekki strach. Może wcale nie lekki. Przyspieszone bicie serca. Płytki oddech. Nie ważne czy robisz to z kimś, czy samemu. Nie ważne jak długo na to czekałeś. Zawsze pojawia się minimalny stres. Czy wszystko pójdzie dobrze? Czy to bezpieczne? Jakie będą skutki w przyszłości? Utrata jakiegokolwiek życiowego dziewictwa i robienie czegoś po raz pierwszy zawsze jest ważnym wydarzeniem. I warto to celebrować.


Bardzo chciałam na początek tekstu wrzucić Wam jakiś piękny cytat albo piosenkę. Widziałam, że parę dziewczyn odniosło się do pięknego wiersza Szymborskiej „Nic dwa razy” (tak jest piękny, nie, nie jest oklepany; mam ogromny sentyment do Szymborskiej). Niestety kiedy próbowałam przypomnieć sobie jakiś utwór z frazą „pierwszy raz” to przypomniało mi się to:


Niezbyt patetycznie, ale „Frozen” fajna bajka.


Robienie czegoś po raz pierwszy to podstawowy krok w poszerzaniu strefy komfortu. Próbowanie nowych rzeczy, poznawanie nowych ludzi i pierwsze rozmowy z nimi, pierwsza wizyta w jakimś miejscu. Wszystko to rozciąga tą naszą otoczkę coraz bardziej i bardziej, a my dzięki temu czujemy się na tym świecie trochę swobodniej. Fajna sprawa prawda?

We wpisie o siedmiu marzeniach na rok 2015 nie zdradziłam Wam zbyt wielu postanowień, więc postanowiłam wykorzystać to dzisiaj i podzielić się z Wami listą rzeczy, które chciałabym w tym roku zrobić po raz pierwszy.
źródło


  1. Po raz pierwszy usiąść za kołkiem. Dobrze by było w końcu zapisać się na prawo jazdy. Nie jest to może mój priorytet, bo mam ważniejsze rzeczy do zrobienia, ale jeśli czas pozwoli, to w 2015 roku pierwszy raz siądę za kierownicą. Tak, powinniście się bać i chować w domach. Żeby potem nie było, że nie uprzedzałam.
  2. Po raz pierwszy wziąć udział w zawodach tanecznych. O tym już mówiłam.
  3. Po raz pierwszy wziąć udział w spotkaniu blogerskim poza Katowicami. Na celowniku See blogger, chociaż przyznaję, że najbardziej marzy mi się Blog Forum Gdańsk 2015.
  4. Po raz pierwszy nagrać teledysk ze swoją choreografią. To mi się marzy już tak od roku co najmniej, póki co mam tylko pomysł na to, kto mógłby to nagrać. Małymi krokami...
  5. Po raz pierwszy znaleźć pracę na wakacje. Najlepiej za granicą.
  6. Po raz pierwszy wystąpić publicznie przed grupą ponad 100 osób.
  7. Po raz pierwszy porozmawiać z moim ulubionym bloggerem, który bardzo mnie inspiruje. W tej kwestii już się coś podziało ostatnio, ale na razie nie mogę nic więcej zdradzić. Bądźcie jednak czujni, bo być może niedługo Katowice odwiedzą naprawdę fajni ludzie i tego nie można przegapić.
  8. Po raz pierwszy zrobić szpagat. Po raz pierwszy od jakichś 10 lat.
  9. Po raz pierwszy przerzucić się na czytnik ebooków. Czyli po prostu kupić Kindle'a.
  10. Po raz pierwszy zaprojektować sukienkę.
  11. Po raz pierwszy wybrać się na jakieś spotkanie dotyczące Public relations i social mediów. W moim mieście dosyć często odbywają się różne fajne inicjatywy. Może w końcu uda mi się tam dotrzeć.
  12. Po raz pierwszy założyć album ze zdjęciami z roku 2014.
  13. Po raz pierwszy pouczyć się jakiegoś nowego tańca.
  14. Po raz pierwszy przygotować jakieś blogowe wyzwanie dla Was.
  15. Po raz pierwszy przygotować jakiś materiał na yt. Jest grupa męczących mnie w tym temacie osób. Pomysł też jest. Najgorzej ze sprzętem.
  16. Po raz pierwszy zobaczyć balet. Może być nawet transmisja w kinie. Ale jednak.
  17. Po raz pierwszy nauczyć się robić w miarę przyzwoite zdjęcia.
Zadanie domowe: Co Wy chcecie zrobić w tym roku po raz pierwszy? Bo jeśli chcecie się rozwijać, to czas spróbować czegoś nowego. Więc słucham drodzy Państwo. Raz, raz.
A tak całkiem poważnie to jestem bardzo ciekawa, jakich wyzwań chcecie się podjąć. Może mnie do czegoś zainspirujecie.


Co do wyzwania blogowego o którym wspomniałam powyżej: mam dwa pomysły. Jeden to bardziej wyzwanie rozwojowe, drugi to akcja motywacyjna. Czym bylibyście zainteresowani?

Post powstał w ramach wyzwania Różowej Klary: Styczeń w słowach.

czwartek, 1 stycznia 2015

2015

Drogi Roku 2015!

Przed nami wspólne 365 dni. Masz niełatwe zadanie, bo Twój poprzednik był naprawdę dobrym kompanem. Przyniósł mi wiele nowych wyzwań, mnóstwo niesamowitych ludzi i fantastycznych wspomnień. Ale przecież wyzwania są tym, co tygryski lubią najbardziej, więc jestem przekonana, że podołasz.
Wspólnie stworzymy fajną historię prawda?
Proszę, obiecaj mi, że będziesz dla mnie dobry. Że pomożesz mi, kiedy upadnę. Wyciągniesz pomocną dłoń, poślesz kogoś, kto wskaże mi właściwą drogę. Że nauczysz mnie bardziej wierzyć w siebie i swoje możliwości. Że sprawisz, iż uśmiech na mojej twarzy będzie pojawiał się jeszcze częściej. Że nie odbierzesz mi zapału do realizowania wszystkich pasji, a najlepiej to rozciągniesz dobę, żebym na wszystko znalazła czas.
Że dasz mi jak najwięcej okazji i szans do wykorzystania.

Ja od siebie obiecuję Ci, że zrobię wszystko by te szansy wykorzystać. Zresztą sam wiesz, że już to robię, bo kilka się pojawiło w ostatnich dniach. Owszem boję się. Bardzo się boję, czy dam sobie radę, czy nie porywam się na coś zupełnie abstrakcyjnego. Ale ufam Ci, że mnie nie zawiedziesz. Obiecuję, że będę walczyła sama ze sobą, by nie ciągnąć się w dół złymi myślami. Że się nie poddam. Że będę się więcej uśmiechać (co obiecałam nie tylko Tobie, więc muszę tego podwójnie pilnować). Że będę się cieszyć tym co mam i szukać pozytywnych stron każdej sytuacji.

Mam nadzieję, że za 365 dni okaże się, że jesteś jeszcze lepszym kompanem niż 2014 i będzie nam żal się rozstawać. Ale oboje musimy na to zapracować.

No to co? Zaczynamy!


Dashka

Wpis powstał w ramach wyzwania Różowej Klary Styczeń w słowach

2015

Drogi Roku 2015!

Przed nami wspólne 365 dni. Masz niełatwe zadanie, bo Twój poprzednik był naprawdę dobrym kompanem. Przyniósł mi wiele nowych wyzwań, mnóstwo niesamowitych ludzi i fantastycznych wspomnień. Ale przecież wyzwania są tym, co tygryski lubią najbardziej, więc jestem przekonana, że podołasz.
Wspólnie stworzymy fajną historię prawda?
Proszę, obiecaj mi, że będziesz dla mnie dobry. Że pomożesz mi, kiedy upadnę. Wyciągniesz pomocną dłoń, poślesz kogoś, kto wskaże mi właściwą drogę. Że nauczysz mnie bardziej wierzyć w siebie i swoje możliwości. Że sprawisz, iż uśmiech na mojej twarzy będzie pojawiał się jeszcze częściej. Że nie odbierzesz mi zapału do realizowania wszystkich pasji, a najlepiej to rozciągniesz dobę, żebym na wszystko znalazła czas.
Że dasz mi jak najwięcej okazji i szans do wykorzystania.

Ja od siebie obiecuję Ci, że zrobię wszystko by te szansy wykorzystać. Zresztą sam wiesz, że już to robię, bo kilka się pojawiło w ostatnich dniach. Owszem boję się. Bardzo się boję, czy dam sobie radę, czy nie porywam się na coś zupełnie abstrakcyjnego. Ale ufam Ci, że mnie nie zawiedziesz. Obiecuję, że będę walczyła sama ze sobą, by nie ciągnąć się w dół złymi myślami. Że się nie poddam. Że będę się więcej uśmiechać (co obiecałam nie tylko Tobie, więc muszę tego podwójnie pilnować). Że będę się cieszyć tym co mam i szukać pozytywnych stron każdej sytuacji.

Mam nadzieję, że za 365 dni okaże się, że jesteś jeszcze lepszym kompanem niż 2014 i będzie nam żal się rozstawać. Ale oboje musimy na to zapracować.

No to co? Zaczynamy!


Dashka

Wpis powstał w ramach wyzwania Różowej Klary Styczeń w słowach

czwartek, 23 października 2014

Motywacja

Wiecie, jesteśmy tylko (i aż) ludźmi. Możemy mieć gorszy dzień lub dwa. Czasem nawet tydzień. To normalna kolej rzeczy. Nikt nie jest niezniszczalny i niezwyciężony. Człowiek to nie pędząca maszyna do realizacji miliona celów i odhaczania kolejnych zadań. Bycie ambitną osobą, nie należy do najprostszych rzeczy na tym świecie. Bywa wręcz uciążliwe. I męczące.

Człowiek nie jest maszyną. A ja jestem człowiekiem i też mam swoje granice wytrzymałości. Ostatnio przekonałam się o tym. Albo raczej powinnam powiedzieć, że zderzyłam się z tą informacją. Podobno spadek ciśnienia aż po mnie widać. Zamiast hiszpańskiej opalenizny cienie pod oczami. Taki jakiś brak energii, mobilizacji, motywacji. Tak trochę. Ale przecież nie można się tak po prostu poddawać.
źródło


Motywacja to taka trochę zdradliwa koleżanka. Czasami możesz liczyć na nią 24h na dobę. Nakręca się energią i siłą. Chcesz robić, teraz już, natychmiast. Nie opuszcza Cię, trzyma się wręcz kurczowo. Zmusza do dynamiki. A czasami nagle znika. Bez słowa. Nie zostawia żadnej wiadomości. Nie mówi kiedy wróci, ani dlaczego ucieka. I nie wiesz, gdzie jej szukać. Ale wróci. Ona zawsze wraca.

Uwielbiam motywować ludzi. Stąd mój mały dylemat co do dalszej drogi kształcenia. Ale mam czas, nie o to chodzi.
Istnieje pewne ciekawe zjawisko. Choćby mi się nic nie chciało, choćbym miała ochotę zakopać się pod kocem i obudzić na święta, zawsze będę starała się kopnąć innych. Namawiać ich do zrobienia czegoś. Popychać we właściwą stronę, kiedy się opierają. Przekonywać, że nie ma się czego obawiać. Przecież tylu innych ludzi już dało radę, czemu Ty miałbyś nie dać?
Tylu słabszych od Ciebie już sobie poradziło, a Ty sobie nie poradzisz? Z jakiej racji? Przecież tyle masz, tyle potrafisz, tyle możesz!


Dziś o motywacji, choć mało motywacyjnie. Poprawię się, poczekajcie aż koleżanka M wróci. W międzyczasie nauczę się robić ósemki, opanuję twierdzenia cosinusa i sinusa i zgłębię historię starożytnego Rzymu. Oue interesante.


Zostawiam Wam linki do kilku moich tekstów motywacyjnych w zamian:


Tekst powstał w ramach wyzwania Październik w słowach.

Motywacja

Wiecie, jesteśmy tylko (i aż) ludźmi. Możemy mieć gorszy dzień lub dwa. Czasem nawet tydzień. To normalna kolej rzeczy. Nikt nie jest niezniszczalny i niezwyciężony. Człowiek to nie pędząca maszyna do realizacji miliona celów i odhaczania kolejnych zadań. Bycie ambitną osobą, nie należy do najprostszych rzeczy na tym świecie. Bywa wręcz uciążliwe. I męczące.

Człowiek nie jest maszyną. A ja jestem człowiekiem i też mam swoje granice wytrzymałości. Ostatnio przekonałam się o tym. Albo raczej powinnam powiedzieć, że zderzyłam się z tą informacją. Podobno spadek ciśnienia aż po mnie widać. Zamiast hiszpańskiej opalenizny cienie pod oczami. Taki jakiś brak energii, mobilizacji, motywacji. Tak trochę. Ale przecież nie można się tak po prostu poddawać.
źródło


Motywacja to taka trochę zdradliwa koleżanka. Czasami możesz liczyć na nią 24h na dobę. Nakręca się energią i siłą. Chcesz robić, teraz już, natychmiast. Nie opuszcza Cię, trzyma się wręcz kurczowo. Zmusza do dynamiki. A czasami nagle znika. Bez słowa. Nie zostawia żadnej wiadomości. Nie mówi kiedy wróci, ani dlaczego ucieka. I nie wiesz, gdzie jej szukać. Ale wróci. Ona zawsze wraca.

Uwielbiam motywować ludzi. Stąd mój mały dylemat co do dalszej drogi kształcenia. Ale mam czas, nie o to chodzi.
Istnieje pewne ciekawe zjawisko. Choćby mi się nic nie chciało, choćbym miała ochotę zakopać się pod kocem i obudzić na święta, zawsze będę starała się kopnąć innych. Namawiać ich do zrobienia czegoś. Popychać we właściwą stronę, kiedy się opierają. Przekonywać, że nie ma się czego obawiać. Przecież tylu innych ludzi już dało radę, czemu Ty miałbyś nie dać?
Tylu słabszych od Ciebie już sobie poradziło, a Ty sobie nie poradzisz? Z jakiej racji? Przecież tyle masz, tyle potrafisz, tyle możesz!


Dziś o motywacji, choć mało motywacyjnie. Poprawię się, poczekajcie aż koleżanka M wróci. W międzyczasie nauczę się robić ósemki, opanuję twierdzenia cosinusa i sinusa i zgłębię historię starożytnego Rzymu. Oue interesante.


Zostawiam Wam linki do kilku moich tekstów motywacyjnych w zamian:


Tekst powstał w ramach wyzwania Październik w słowach.

niedziela, 19 października 2014

Radość

Szczęście może być czymś dużym i poważnym. Pierwsza (i nie tylko) miłość. Zakup czegoś na co się od dawna zbierało. Podróż do wymarzonego miasta. Spotkanie z rodziną po długim czasie. Wiadomość o cudownym wyzdrowieniu po miesiącach nerwów i stresu. Radość nie jest czymś trwałym. Nigdy nie będzie w 100 % idealnie dłużej niż kilka minut. Zawsze znajdzie się jakiś szczegół, który zatruje nam odczuwanie tego przyjemnego stanu. Nie można czekać, aż wszystko się ułoży. Bo to wszystko może nigdy nie nadejść. Kluczem do szczęścia jest delektowanie się tym, co jest.




Szczęście może być małe i pozornie błahe. Spacer po pięknych uliczkach. Kawa i świeży croissant w towarzystwie przyjaciółki. Rozmowa z miłym, przystojnym francuskim kelnerem. Uśmiech ludzi napotkanych na ulicy, spojrzenia prosto w oczy. Spacer boso po plaży w październiku. Stały ląd po rejsie, który wydawał się męczarnią trwającą przez wieki (uwierzcie, łzy szczęścia gwarantowane). Wieczorna rozmowa na balkonie przy świeczkach i gwiazdach. Widok zakochanej osoby z tym błyskiem w oku. Świeży, soczysty ananas zjedzony z przyjaciółkami na plaży, przy zachodzącym słońcu. Znalezione w sklepach okazje, na które gdzie indziej nigdy by się nie natknęło. Uśmiech na twarzy starszego Pana, kiedy odpowiada się mu w jego ojczystym języku. Satysfakcja kiedy po dwóch latach nauki wreszcie można wykorzystać wszystko w praktyce. Nawet jeśli sprowadza się to do zamawiania jedzenia. Nocne rozmowy pełne zwierzeń i inspiracji. Piękne obrazy. Widoki zapierające dech w piersiach. Włoska kolacja. Powrót do domu po wielu godzinach podróży. Własna pościel. Małe pozornie błahe rzeczy składające się na wielkie szczęście.


Szczęście może być czymś dużym albo czymś małym. Powód może być poważny albo błahy. Można dążyć do tego wielkiego, a można delektować się tym małym. Można jedno i drugie. Odczuwanie radości zależy od nas, nie od naszego stanu posiadania. Jest wiele rzeczy z których możemy się cieszyć. Możemy być szczęśliwi tu i teraz. Wszystko zależy od nas.


Wpis powstał w ramach wyzwania Październik w słowach organizowanego przez Różową Klarę. 

Radość

Szczęście może być czymś dużym i poważnym. Pierwsza (i nie tylko) miłość. Zakup czegoś na co się od dawna zbierało. Podróż do wymarzonego miasta. Spotkanie z rodziną po długim czasie. Wiadomość o cudownym wyzdrowieniu po miesiącach nerwów i stresu. Radość nie jest czymś trwałym. Nigdy nie będzie w 100 % idealnie dłużej niż kilka minut. Zawsze znajdzie się jakiś szczegół, który zatruje nam odczuwanie tego przyjemnego stanu. Nie można czekać, aż wszystko się ułoży. Bo to wszystko może nigdy nie nadejść. Kluczem do szczęścia jest delektowanie się tym, co jest.




Szczęście może być małe i pozornie błahe. Spacer po pięknych uliczkach. Kawa i świeży croissant w towarzystwie przyjaciółki. Rozmowa z miłym, przystojnym francuskim kelnerem. Uśmiech ludzi napotkanych na ulicy, spojrzenia prosto w oczy. Spacer boso po plaży w październiku. Stały ląd po rejsie, który wydawał się męczarnią trwającą przez wieki (uwierzcie, łzy szczęścia gwarantowane). Wieczorna rozmowa na balkonie przy świeczkach i gwiazdach. Widok zakochanej osoby z tym błyskiem w oku. Świeży, soczysty ananas zjedzony z przyjaciółkami na plaży, przy zachodzącym słońcu. Znalezione w sklepach okazje, na które gdzie indziej nigdy by się nie natknęło. Uśmiech na twarzy starszego Pana, kiedy odpowiada się mu w jego ojczystym języku. Satysfakcja kiedy po dwóch latach nauki wreszcie można wykorzystać wszystko w praktyce. Nawet jeśli sprowadza się to do zamawiania jedzenia. Nocne rozmowy pełne zwierzeń i inspiracji. Piękne obrazy. Widoki zapierające dech w piersiach. Włoska kolacja. Powrót do domu po wielu godzinach podróży. Własna pościel. Małe pozornie błahe rzeczy składające się na wielkie szczęście.


Szczęście może być czymś dużym albo czymś małym. Powód może być poważny albo błahy. Można dążyć do tego wielkiego, a można delektować się tym małym. Można jedno i drugie. Odczuwanie radości zależy od nas, nie od naszego stanu posiadania. Jest wiele rzeczy z których możemy się cieszyć. Możemy być szczęśliwi tu i teraz. Wszystko zależy od nas.


Wpis powstał w ramach wyzwania Październik w słowach organizowanego przez Różową Klarę. 

czwartek, 9 października 2014

Moja nowa koleżanka - odkrycie "kulinarne"


Mała, (nie)zgarbna. Całkiem urocza z wyglądu. Raczej niepozorna w porównaniu z jej większymi siostrami. Najważniejsze było i tak, żeby po prostu ważyła kilo. Nie więcej. Mniej byłoby do przyjęcia. Zwłaszcza przez moje mięśnie. Przez Panią instruktor może trochę mniej.
Niepozorna to ona jest tylko z wyglądu. Po 16 chopach (mam nadzieję, że tak to się pisze, jeśli nie to poprawcie mnie (: ) okazuje się trochę wrednawa. Zwłaszcza dla pleców i ramion. A następnego dnia uda i pośladki nie mają ochotę na kolejne spotkanie. Za to umysł nie może się go doczekać.




Zauważyliście, że zmęczenie psychicznie (podobnie jak ból) często bywa dużo trudniejsze do zniesienia niż fizyczne?
Kiedy po trzech dniach intensywnej nauki momentami zapominacie, jak się nazywacie. Patrzycie na górę podręczników, nie wiedząc, za co się zabrać. Wszystkiego jest tak dużo, że nie wiadomo co zrobić najpierw. Jestem pewna, że znacie ten stan. Łóżko i ciepła kołdra są wtedy Waszym najlepszym przyjacielem, a koturny i szminka w ogóle Wam nie w głowie. W takich chwilach przydałby się dres. Jak na złość coś takiego w Waszej szafie akurat nie egzystuje. Pozostaje nawiązać trwały romans z kawą.
Ale w końcu trzeba powiedzieć dość i wykorzystać jedno „wolniejsze” popołudnie. Chwycić torbę, butlę wody, wygodne buty i na przykład dynię. I pobiec mocno się zmęczyć.
Z warzywami można gotować, ale można też ćwiczyć.
Nie tylko z ciężarkami można trenować, można i z warzywami. Z taką dynią na przykład.
Moje pierwsze spotkanie ze speedballem zaliczyłam z kapustą. Nie wyszło nam zbyt dobrze.  Nie pasowałyśmy do siebie. Pomarańczowa koleżanka sprawiła się znacznie lepiej, nie tylko ze względu na wagę, ale także fakturę (nie ślizga się w dłoniach) oraz wielkość (mam dosyć małe dłonie i utrzymanie kapusty było kłopotliwe). Polecam, Dashka.

A co można z takową dynią zrobić po treningu? Zjeść.
Osobiście uwielbiam krem z dyni z prażonymi pestkami. Przymierzam się do muffinek, próbowaliście? A może znacie jakieś smaczne przepisy przy których można wykorzystać dynię?





Jako że w ten weekend wyjeżdżam do Hiszpanii, następny tekst pojawi się dopiero w kolejną niedzielę. Jeśli jednak macie ochotę być na bieżąco i zobaczyć co u mnie oraz jak wygląda Barcelona w październiku, zapraszam na Instagram :)

Tekst powstał w ramach wyzwania Październik w słowach. 
Mam nadzieję, że odkrycie sportowo-kulinarne też się liczy :)

Moja nowa koleżanka - odkrycie "kulinarne"


Mała, (nie)zgarbna. Całkiem urocza z wyglądu. Raczej niepozorna w porównaniu z jej większymi siostrami. Najważniejsze było i tak, żeby po prostu ważyła kilo. Nie więcej. Mniej byłoby do przyjęcia. Zwłaszcza przez moje mięśnie. Przez Panią instruktor może trochę mniej.
Niepozorna to ona jest tylko z wyglądu. Po 16 chopach (mam nadzieję, że tak to się pisze, jeśli nie to poprawcie mnie (: ) okazuje się trochę wrednawa. Zwłaszcza dla pleców i ramion. A następnego dnia uda i pośladki nie mają ochotę na kolejne spotkanie. Za to umysł nie może się go doczekać.




Zauważyliście, że zmęczenie psychicznie (podobnie jak ból) często bywa dużo trudniejsze do zniesienia niż fizyczne?
Kiedy po trzech dniach intensywnej nauki momentami zapominacie, jak się nazywacie. Patrzycie na górę podręczników, nie wiedząc, za co się zabrać. Wszystkiego jest tak dużo, że nie wiadomo co zrobić najpierw. Jestem pewna, że znacie ten stan. Łóżko i ciepła kołdra są wtedy Waszym najlepszym przyjacielem, a koturny i szminka w ogóle Wam nie w głowie. W takich chwilach przydałby się dres. Jak na złość coś takiego w Waszej szafie akurat nie egzystuje. Pozostaje nawiązać trwały romans z kawą.
Ale w końcu trzeba powiedzieć dość i wykorzystać jedno „wolniejsze” popołudnie. Chwycić torbę, butlę wody, wygodne buty i na przykład dynię. I pobiec mocno się zmęczyć.
Z warzywami można gotować, ale można też ćwiczyć.
Nie tylko z ciężarkami można trenować, można i z warzywami. Z taką dynią na przykład.
Moje pierwsze spotkanie ze speedballem zaliczyłam z kapustą. Nie wyszło nam zbyt dobrze.  Nie pasowałyśmy do siebie. Pomarańczowa koleżanka sprawiła się znacznie lepiej, nie tylko ze względu na wagę, ale także fakturę (nie ślizga się w dłoniach) oraz wielkość (mam dosyć małe dłonie i utrzymanie kapusty było kłopotliwe). Polecam, Dashka.

A co można z takową dynią zrobić po treningu? Zjeść.
Osobiście uwielbiam krem z dyni z prażonymi pestkami. Przymierzam się do muffinek, próbowaliście? A może znacie jakieś smaczne przepisy przy których można wykorzystać dynię?





Jako że w ten weekend wyjeżdżam do Hiszpanii, następny tekst pojawi się dopiero w kolejną niedzielę. Jeśli jednak macie ochotę być na bieżąco i zobaczyć co u mnie oraz jak wygląda Barcelona w październiku, zapraszam na Instagram :)

Tekst powstał w ramach wyzwania Październik w słowach. 
Mam nadzieję, że odkrycie sportowo-kulinarne też się liczy :)

sobota, 4 października 2014

Drobna zmiana

Od pierwszego momentu wiedziałam, że będzie dla mnie ważny, że to jest TO. Tak, wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. Wystarczy, że raz spojrzę i wiem. Okej, czasem potem się rozmyślam, ale i tak albo od razu ma to coś, albo nie.
ON miał. Potrzebowaliśmy trochę czasu, ale i tak szybko się zgraliśmy. Miewaliśmy gorsze dni. Nie zawsze było idealnie, ale chyba nigdy nie jest, prawda?
Był nam dobrze. Dzieliłam z nim smutki i radości. Był powiernikiem wielu moich myśli, marzeń, pragnień, sekretów. Bardzo mi pomagał. I chociaż rzadko mu to okazywałam, naprawdę byłam mu za to wdzięczna.

Z czasem coś zaczęło się psuć. Coraz częściej miewał złe dni. Coraz trudniej było współpracować. Wiedziałam, że zmierzamy ku końcowi. Wiedziałam też, że tylko ja mogę to zakończyć. Inaczej tylko oboje się będziemy męczyć.
W końcu zdecydowałam się poradzić kogoś, kogo uważam ze specjalistę. Na pewno wie o tych sprawach więcej ode mnie. Podszedł do sprawy bardzo profesjonalnie. Pomógł mi zrozumieć, czego tak naprawdę potrzebuję, jakie są moje wymagania. Wiedziałam, że to co mam teraz im nie dorównuje. I choć była to ciężka decyzja, dziś nie żałuję.
Zdecydowałam się zamienić go na lepszy model. Nie jest w 100% idealnych, ale związki wymagają kompromisów. A ta zmiana wyszła mi na dobre.

Rzuciłam go dla innego. Większego. Szybszego, ale i delikatniejszego. 
źródło

Rzuciłam mojego małego, białego, kochanego Acera na rzecz nowego, lepszego, mocniejszego Asusa. I wiem już, że to była świetna decyzja.

A teraz już tak całkiem na poważnie. Tematem notki miała być drobna zmiana, jako druga część zadania na ten tydzień. Najpierw zastanawiałam się jaką by tu zmianę wprowadzić do swojego życia. Teraz, już, zaraz.
Pierwsza myśl – włosy. Nie wiem, czy wszystkie kobiety kiedy chcą coś zmienić, to w pierwszej kolejności do głowy przychodzą im włosy?
Obciąć? Nie. No może. Ale jak? Sama nie wiem. Zafarbować? Prędzej. Chociaż teraz kiedy w końcu udało mi się wrócić do w 90% naturalnego koloru, miałabym je znowu farbować? Nie po to męczyłam się z 10 kolorami i odcieniami w pewnym momencie. Od blondu po burgund. Chociaż ten burgund był całkiem fajny. Tylko rudy się niektórym w moim otoczeniu trochę kiepsko kojarzy...
No to skoro nie włosy, to co? Ubrania? Ale ja lubię swój styl ubierania. No powiedzmy.
Co mogłabym zmienić w tym momencie? Miejsce zamieszkania? Niemożliwe. Szkołę? Już mi się odechciało? Przyjaciele, znajomi? Są najlepsi na świecie. Stan cywilny? Bez komentarza. Poglądy? Nie.
Nie wiem co miałabym teraz zmienić. Szykuje się za to nowe wyzwanie. Spore wyzwanie. Ale na razie nic więcej nie zdradzę, żeby nie zapeszyć.
źródło


Skoro nie tak, to inaczej. Czym jest dla mnie zmiana?
Zmiana jest dla mnie symbolem, a może raczej oznaką rozwoju. Jeśli chcę iść naprzód, rozwijać się i spełniać swoje marzenia i cele – muszę ciągle coś zmieniać. A przede wszystkim chcę.
Sprawdzam, testuję, próbuję. Nigdy nie wiadomo tak do końca, które rozwiązanie jest dla nas najwłaściwsze. Lubię zmiany. Lubię, kiedy dużo się dzieje. Lubię dynamikę. Świecą mi się oczy, kiedy słyszę jak ktoś opowiada o tym jaki jest zajęty. Zmiany są dynamiczne.

A Ty lubisz zmiany?

Drobna zmiana

Od pierwszego momentu wiedziałam, że będzie dla mnie ważny, że to jest TO. Tak, wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. Wystarczy, że raz spojrzę i wiem. Okej, czasem potem się rozmyślam, ale i tak albo od razu ma to coś, albo nie.
ON miał. Potrzebowaliśmy trochę czasu, ale i tak szybko się zgraliśmy. Miewaliśmy gorsze dni. Nie zawsze było idealnie, ale chyba nigdy nie jest, prawda?
Był nam dobrze. Dzieliłam z nim smutki i radości. Był powiernikiem wielu moich myśli, marzeń, pragnień, sekretów. Bardzo mi pomagał. I chociaż rzadko mu to okazywałam, naprawdę byłam mu za to wdzięczna.

Z czasem coś zaczęło się psuć. Coraz częściej miewał złe dni. Coraz trudniej było współpracować. Wiedziałam, że zmierzamy ku końcowi. Wiedziałam też, że tylko ja mogę to zakończyć. Inaczej tylko oboje się będziemy męczyć.
W końcu zdecydowałam się poradzić kogoś, kogo uważam ze specjalistę. Na pewno wie o tych sprawach więcej ode mnie. Podszedł do sprawy bardzo profesjonalnie. Pomógł mi zrozumieć, czego tak naprawdę potrzebuję, jakie są moje wymagania. Wiedziałam, że to co mam teraz im nie dorównuje. I choć była to ciężka decyzja, dziś nie żałuję.
Zdecydowałam się zamienić go na lepszy model. Nie jest w 100% idealnych, ale związki wymagają kompromisów. A ta zmiana wyszła mi na dobre.

Rzuciłam go dla innego. Większego. Szybszego, ale i delikatniejszego. 
źródło

Rzuciłam mojego małego, białego, kochanego Acera na rzecz nowego, lepszego, mocniejszego Asusa. I wiem już, że to była świetna decyzja.

A teraz już tak całkiem na poważnie. Tematem notki miała być drobna zmiana, jako druga część zadania na ten tydzień. Najpierw zastanawiałam się jaką by tu zmianę wprowadzić do swojego życia. Teraz, już, zaraz.
Pierwsza myśl – włosy. Nie wiem, czy wszystkie kobiety kiedy chcą coś zmienić, to w pierwszej kolejności do głowy przychodzą im włosy?
Obciąć? Nie. No może. Ale jak? Sama nie wiem. Zafarbować? Prędzej. Chociaż teraz kiedy w końcu udało mi się wrócić do w 90% naturalnego koloru, miałabym je znowu farbować? Nie po to męczyłam się z 10 kolorami i odcieniami w pewnym momencie. Od blondu po burgund. Chociaż ten burgund był całkiem fajny. Tylko rudy się niektórym w moim otoczeniu trochę kiepsko kojarzy...
No to skoro nie włosy, to co? Ubrania? Ale ja lubię swój styl ubierania. No powiedzmy.
Co mogłabym zmienić w tym momencie? Miejsce zamieszkania? Niemożliwe. Szkołę? Już mi się odechciało? Przyjaciele, znajomi? Są najlepsi na świecie. Stan cywilny? Bez komentarza. Poglądy? Nie.
Nie wiem co miałabym teraz zmienić. Szykuje się za to nowe wyzwanie. Spore wyzwanie. Ale na razie nic więcej nie zdradzę, żeby nie zapeszyć.
źródło


Skoro nie tak, to inaczej. Czym jest dla mnie zmiana?
Zmiana jest dla mnie symbolem, a może raczej oznaką rozwoju. Jeśli chcę iść naprzód, rozwijać się i spełniać swoje marzenia i cele – muszę ciągle coś zmieniać. A przede wszystkim chcę.
Sprawdzam, testuję, próbuję. Nigdy nie wiadomo tak do końca, które rozwiązanie jest dla nas najwłaściwsze. Lubię zmiany. Lubię, kiedy dużo się dzieje. Lubię dynamikę. Świecą mi się oczy, kiedy słyszę jak ktoś opowiada o tym jaki jest zajęty. Zmiany są dynamiczne.

A Ty lubisz zmiany?

czwartek, 2 października 2014

Jestem sobą

Hej. Jestem Daria.

Jestem 18-letnią kobietą.Każdego dnia odkrywam, że należeć do płci pięknej nie jest łatwo, ale w życiu bym się nie zamieniła z żadnym mężczyzną. Bo ja uwielbiam być kobietą. Lubię czasem być niezdecydowana. Miewam humory. Lepsze, gorsze. Staram się, żeby te lepsze przeważały.

Jeśli potraficie dobrze czytać między wierszami, to tak naprawdę wiecie już o mnie całkiem sporo.
Jeśli znacie mnie osobiście, to wcale nie znaczy, że znacie mnie dobrze. Bo wiele rzeczy ukrywam.

Gdyby parę lat temu, ba rok temu ktoś mi powiedział, jak dziś będzie wyglądać moje życie to chyba bym go wyśmiała. Naprawdę. A na pewno bym nie uwierzyła.
Bo wszystko się zmieniai to w tempie, które czasem trochę mnie przeraża
Z zakompleksionej, naburmuszonej kujonki (niech Wam będzie, wredni koledzy z podstawówki), która wiecznie była obrażona na cały świat i uważała, że wszyscy inni są źlizmieniłam się w tę osobę, którą jestem dziś.

Rzuciłam się na głęboką wodę.Podjęłam się wyzwanie, które okazało się milowym krokiem w moim życiu. Dołączyć do organizacji w której nikogo nie znam? Sama? I to jeszcze bez jakichkolwiek umiejętności, czy wiedzy? Ja?! A jednak. Pewnego grudniowego poranka wsiadłam do busa (sama) i wyruszyłam do Cieszyna (obcego miasta) na spotkanie z ludźmi, których w życiu nie widziałam na oczy. Przy okazji zepsułam telefon, naprawiłam go (jeszcze w Cieszynie) i poznałam wspaniałe osoby, które odegrały i nadal odgrywają ważną rolę w moim życiu. A potem zostałam Panią Wiceprezes, która dokucza szefowi, czyta jego wypociny yyy znaczy się dokumenty i wraz z drugą Panią Wiceprezes robi za 5 facetów.
Otworzyłam się na nowych ludzi, pokonałam wiele barier, uwierzyłam w swoje możliwości i nakreśliłam zarys przyszłości.

Byłam w związku, który zmienił moje postrzeganie siebie, związków, mężczyzn, ambicji. Wszystkiego. Zakończyłam ten związek, wyciągając wiele lekcji na przyszłość. Jestem singielką, choć niektórych to dziwi. Nadal nie do końca rozumiem dlaczego. Ale wiem jedno – sobą trzeba być i samemu, i z kimś.
zdj. Paulina Różycka

Prawie rzuciłam taniec. Jak kawę kocham, było blisko. Miałam ochotę zamknąć ten rozdział i nigdy do niego nie wracać. A potem przyszedł zwrot o 180 stopni. Wróciłam na nowy tor. Z nową energią, nową miłością, nowym zapałem, nowymi celami. Nową inspiracją za którą podążam i która daje mi wiarę, że mogę.

Ludzie w moim życiu pojawiają się i znikają. A ja zaczęłam doceniać to, że w ogóle są. Że mogę się od nich czegoś uczyć, mogę podpatrywać, mogę się inspirować. Ludzie są dla mnie największą inspiracją.

Jestem tylko sobą. Wciąż szukam właściwych dróg. Wciąż staram się rozwijać. Korzystam z szans, które się pojawiają. Nawet jeśli potem ma się okazać, że to był niewypał i trzeba będzie się wycofać. Przynajmniej wiem, że spróbowałam.
Jestem sobą. Bywam marudna, bywam trudna w obsłudze. Potrzebuję cierpliwości i czułości, ale potrafię się odwdzięczyć. Staram się zarażać ludzi optymizmem. Próbuję ich motywować, bo to motywuje mnie najbardziej. Wspieram innych w dążeniu do ich marzeń, bo to inspiruje mnie.
Czasem mam za dużo pomysłów naraz. Kiedy jest mi smutno, to jestem w całkowitym dole. Ale szybko się z niego podnoszę ze zdwojoną siłą. Jestem fajterem ;), bo to najlepsza opcja.

A jeśli udaje mi się zmotywować albo zainspirować chociaż jedną osobą do czegokolwiek, to jest to dla mnie największa nagroda.


Jestem Daria. Jestem sobą.



Wpis powstał w ramach wyzwania Październik w słowach organizowanego przez Klarę